DOROSNAC W WIECZNYM MIESCIE - RZYM (part 2)

14:28


Jak już kiedyś wspomniałam pisanie o podróżach nie jest moją mocną stroną. Odwiedzanie nowych miejsc, chłonięcie kultur obcych krajów to niezwykle fascynujące doznanie, którego próby opisania zdają się być mocno patetyczne. To co człowiek czuje w danej chwili - zanurzenie w codziennym rytmie poznawanego miasta, odkrywanie detali w nim ukrytych jak pozłacana kołatka u brązowych drzwi czy rower niedbale oparty o mur starej kamienicy, przytłumiony głos spikera w metrze, dźwięki rozkładanych do obiadu talerzy, chłód marmurowych kolumn, ziemia pokryta historią - tego nie można zamknąć w kilku, nawet kilkunastu zdaniach suchego opisu. Internet pozostawia nam szerokie pole manewru, zawsze mogę sprawdzić kiedy i w jakim stylu architektonicznym wybudowano Bazylikę Św. Piotra, ale te wszystkie cyfry, fachowe określenia nie oddadzą tej potęgi jaką czujesz stojąc nocą u wrót Watykanu, kiedy myślisz jak wiele tajemnic osłaniają mury przed fleszem aparatów i wzrokiem ludzi...  A jednak za każdym razem łudzę się, że choć niewielką część własnych odczuć opakowanych w ciąg liter, składających się na kolejne zdania będę w stanie Wam podarować. Tak, więc jeśli tylko macie ochotę otworzyć mój skromny upominek będzie mi niezmiernie miło. No dalej, nie stójcie tak - wstęp to dopiero wstążka na kolorowym papierze wspomnień, zapraszam dalej.


Drugi z trzech dni naszej cudownej podróży poświęciliśmy na nieco mniej turystyczne partie Rzymu. Moja osiemnastka hucznie obchodzona dzień wcześniej dostarczyła mi niesamowitej energii i zapału do dalszego poznawania Wiecznego Miasta. (Gdyby umknął Wam poprzedni wpis, w którym wspominałam swoje pierwsze, "dorosłe" urodziny odbywające się w Rzymie zawsze możecie nadrobić go tutaj). Naszym głównym celem tamtego piątkowego poranku była urokliwa rione zwana Trastevere, co tłumacząc na język polski oznacza po prostu Zatybrze (wiem, czar prysł). Ta urokliwa dzielnica uważana jest za najstarszą część miasta, którą prawie w całości pochłonął ogień z 64 roku. Przez wieki o zniszczenia obwiniano ówczesnego cesarza Nerona, jednak dziś wielu historyków jest zdania, że władca nie przyczynił się do owej klęski. Jak więc było naprawdę? Cóż myślę, że to jedna z tych tajemnic, o której ludzkość może jedynie gdybać...


Pewnie nie zdziwi Was fakt, że dawniej Zatybrze zamieszkiwała biedota, artyści i wyrzutki społeczne. Jak uczy doświadczenie, magiczne tajemnicze miejsca zazwyczaj mają nieco szemraną przeszłość. Dziś jednak dzielnica cieszy się powodzeniem - lubiana zarówno przez turystów jak i tubylców, przyciąga swoim unikatowym klimatem. Mnie i moją rodzinę nie chwyciła za serce tak mocno jak obiecywali inni bloggerzy i przewodniki, ale muszę dodać, że zwiedziliśmy prawie całą Toskanię i kawałek Umbrii, co oznacza, że widzieliśmy już sporo uroczych, wąskich ulic, prania wiszącego za oknem, słyszeliśmy krzątaninę włoskich gospodyń podających obiad. Zatybrze nie pokazało nam nic ponadto, pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że wiele toskańskich miasteczek bije je na głowę, ale mimo to nadal jestem zdania, że Trastevere warto zobaczyć. Biorąc pod uwagę fakt, że dzielnica leży w Rzymie okazuje się naprawdę wyjątkowa, wita przybyłych maleńką, klimatyczną wysepką Isola Tiberina usytuowanej na Tybrze.


Wchodząc w głąb dzielnicy coraz łatwiej poczuć jej włoski klimat. Wąskie uliczki otulone z obu stron kamiennymi budynkami, motocykle i rowery oparte o ich mury, z wnętrz wydobywa się dźwięk rozkładanych na stole talerzy i głosy domowników. Kiedy dochodzimy do szkoły gastronomicznej (w Polsce nazwałabym ją technikum, ale nie mam pewności jak jest we Włoszech) kilka chłopaków siedzących w oknach macha do mnie i gwiżdże przyjaźnie. Gdzie indziej pewnie bym się oburzyła, ale jak pisałam ostatnio, dla tego kraju mam znacznie więcej tolerancji. Wiem, że takie zachowanie, to radość, część ich życia, w żadnym razie niepodszyta uprzedmiotowieniem kobiety. Uśmiecham się, więc przy okazji podziwiając budynek szkoły - tutaj nawet placówki edukacyjne mają swój niesamowity charakter.


Jak można zauważyć na powyższych zdjęciach na Zatybrzu nie brak restauracji. Są to zwykle niewielkie lokale, o krótkiej nazwie i rodzinnym charakterze. Moja mama, miłośniczka włoskiej kultury wyczytała kiedyś, że właśnie w tego typu miejscach można zjeść najlepsze, włoskie posiłki, co potwierdziła nasza podróż na Elbę. Zgłodnieliśmy akurat w porze siesty, a ponieważ żołądki urządzały nam prawdziwe piekło rad nierad postanowiliśmy usiąść w jedynej otwartej knajpce, gdzie obrusy zastąpiły plastikowe ceraty i wiecie co: lepszej pizzy w życiu nie jedliśmy! Co prawda na Zatybrzu nie zdecydowaliśmy się na posiłek z prostej przyczyny jaką było sycące śniadanie w hotelu, ale obstawiam, że jedzenie mogłoby być równie smaczne jak pamiętna pizza na Elbie. Oprócz  tego knajpki same w sobie stanowią ozdobę dzielnicy bardzo bogatej w przepiękne detale i nieoczywiste smaczki. Zresztą spójrzcie sami.


Kiedy kierowaliśmy się w stronę Zatybrza coraz bardziej żałowałam, że oprócz ciepłego płaszcza zabrałam jeszcze kardigan z dodatkowo grzejącej angory, a pokazujący temperaturę ponad dwudziestu stopni termometr nie ułatwiał sprawy. Szybko jednak przestałam ubolewać nad tym faktem żałując, wręcz że nie mam czegoś jeszcze czym mogłabym osłonić się przed przeszywającym wiatrem. W jednej chwili na niebie Zatybrza pojawiły się chmury, a pogoda nieco zmieniła swój dotychczasowy nastrój. Co gorsza wydostanie się z dzielnicy wcale nie było takie proste i długie przestoje z mapą podsycały nieprzyjemny chłód. Po obejściu większej części chcieliśmy bowiem dostać się nieco wyżej aby obejrzeć panoramę miasta, a następnie zejść w dół i zbliżyć się do jego sedna czyli Watykanu.


 Zatybrze momentami przypominało mi ulice San Francisco 

Samej drogi na wzgórze nie wspominam najlepiej - było mi chłodno, a mój żołądek powoli zapominał o śniadaniu. Zaczęliśmy wchodzić w nieco mniej interesujące rejony Rzymu, a ja coraz to mocniej niecierpliwiłam się, aż moim oczom znów ukaże się coś pięknego jak na stolicę Włoch przystało. Chwilę później coraz to śmielej zaczynała wynurzać się panorama miasta. Początkowo nieco szara i smutna, przystrojona nagimi gałęziami drzew, z czasem jednak stawała się okazała i imponująca, aż w końcu zapierała dech. Ponadto na wzgórzu udało mi się spotkać food truck, w którym zakupiłam chrupiącego rogalika i ugasiłam pierwszy głód. Chłód nadal doskwierał, ale samopoczucie było znacznie lepsze niż chwilę wcześniej.

 
 Po czym poznać prawdziwego bloggera? Nigdy nie rozstaje się z pracą ;) 

Po szybkim posiłku, zrobieniu serii zdjęć i szczerym zachwycie podjęliśmy decyzję o zejściu na dół i odwiedzeniu Watykanu. Co prawda już po raz trzeci aczkolwiek tym razem jeszcze nie mieliśmy okazji go zobaczyć, a ominięcie tej atrakcji wydać by się mogło naprawdę karygodne. Im bliżej słynnego miejsca tym głośniej i tłoczniej, coraz więcej wojska pilnującego bezpieczeństwa i nagabywaczy usiłujących wcisnąć turystom wątpliwej jakości kijki do selfii. Sam Watykan zachwyca - od pierwszych chwil na dziedzińcu, spojrzenia w stronę imponującej bazyliki... Wszystko, dosłownie wszystko robi niesamowite wrażenie, a turysta czuje się jak na jednej z setek pocztówek.


Samego Watykanu chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Jego historia sięga czasów naprawdę zamierzchłych, ale oszczędzę Wam zbędnej faktologii. To co warto pamiętać to często mylony fakt, a mianowicie: Watykan nie stanowi dzielnicy Rzymu, jest osobnym państwem w państwie tzw. enklawą, której obywatelami są głównie dostojnicy kościoła katolickiego. Co ciekawe nazwa tego niezwykłego miejsca w wolnym tłumaczeniu oznaczać może proroctwo, przepowiednie, a to tylko podsyca tajemniczość zmieszaną z domieszką grozy jaką budzi w przybyłych Watykan.

Jak zapewne wiecie jestem miłośniczką sztuki i choć zdecydowanie bardziej cenię sobie kościoły gotyckie, bazylika jest dla mnie dziełem tak wspaniałym, że za każdym razem odbiera mi mowę na dobre kilka sekund. Jej wnętrze również sprawia niesamowite wrażenie, można tu obejrzeć m.in jedną z najsłynniejszych i najbardziej rozpoznawalnych rzeźb w dziejach świata czyli Piete Michała Anioła. Tym razem zrezygnowaliśmy z wchodzenia do środka bazyliki, ale kiedy półtora roku temu spoglądałam na tak wspaniałe dzieło jakim jest Pieta,  czułam na skórze przechodzące dreszcze.


Kiedy zostawaliśmy w tyle Watykan zmęczenie naprawdę zaczęło dawać się nam we znaki (w końcu przeszliśmy ok 15 kilometrów) podjęliśmy więc decyzję o chwilowym powrocie do hotelu aby nieco odpocząć i zregenerować siły. W międzyczasie wyskoczyliśmy do sąsiedniej knajpki na szybki obiad i muszę przyznać, że we Włoszech nie spotkałam się z równie rozczarowującą pizzą. O wiele bardziej przypadła mi do gustu margeritta, którą jadłam późnym wieczorem na dworcu w dzień przyjazdu.  Czego jak czego, ale po włoskiej pizzy nie spodziewałabym się tak niskiego poziomu... Schowawszy rozczarowanie do kieszeni ruszyliśmy na dalsze spotkanie z Rzymem. Idąc po znajomych już sobie terenach dotarliśmy na schody dworca Termini i tak schodząc w dół nagle poczułam jak tracę grunt pod nogami... Przysięgam, że do tej pory nie mam pojęcia jakim cudem zleciałam w dół. Jakby nie było szczęście mocno mi dopisało, bo mimo tak gwałtownego wykręcenia kostki mogłam normalnie wstać i pójść dalej, a jedynymi świadkami mojego upadku byli rodzice.

Naszym wieczornym celem była kolejna popularna atrakcja Rzymu czyli Schody Hiszpańskie, które są ponoć ulubionym miejscem spotkań włoskiej młodzieży. Pamiętam jak trzynaście lat temu rodzice pierwszy raz zabrali mnie do Rzymu, usiedliśmy właśnie na tych schodach zajadając lody z McDonalada (notabene pierwszego w Europie!). Wspomnienia są już coraz bardziej wyblakłe aczkolwiek w tamtej chwili oddałam swoje serce kręconym lodom z automatu... Niestety tym razem  główna część schodów została zagrodzona z powodu renowacji, nie było to jednak tak wielkie rozczarowanie jak w wypadku fontanny Di Trevi półtora roku temu. Dopiero po raz pierwszy zdecydowaliśmy się wspiąć na ich szczyt i spojrzeć na tę część miasta z góry.


Chwilę później zeszliśmy z powrotem w dół by nacieszyć się widokami okolicy. Muszę przyznać, że mam słabość do tej eleganckiej części miasta, przystrojonej schodami i maleńką fontanną w kształcie łódki, której twórcą był ojciec słynnego Berniniego. Od placu odchodzi jedna z wąskich ulic, najbardziej ekskluzywna w całym Rzymie. Znajdziemy tu m.in butiki Diora, Chanel, Hermesa, Prady, ArmaniegoKorsa (gdzie prawie zdecydowałam się na cudowną mini Selmę). Uwielbiam to miejsce za możliwość przyjrzenia się nowym cudom wypuszczonym przez światowe marki aczkolwiek nie umiem pojąć sensu zrobienia sobie zdjęć centralnie pod witryną butiku, niestety dla wielu turystów jest to zachowanie bardzo powszechne.


Spacerując ulicami Rzymu kierowaliśmy się w stronę jednego z popularniejszych placów północnej części Rzymu Piazza del Popolo,  gdzie swój bieg rozpoczynają starożytne Pola Marsowe. To istny raj dla miłośników sztuki i architektury renesansu. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do pobliskiej lodziarni aby skosztować fenomenalnych włoskich lodów. Właściwie było mi chłodno i nie do końca czułam potrzebę ich jedzenia jednak jak na fankę oreo przystało skusiłam się na mały kubeczek lodów o tym smaku. Nie powiem były przepyszne, ale z każdym kęsem czułam jak temperatura mojego ciała spada w dół, a mnie przechodzą dreszcze. Tak, więc jak na dorosłą kobietę przystało oddałam kubeczek mamie... Ot widać, że osiemnastka stuknęła ;)


W dzisiejszym poście to już wszystko. Wybaczcie moją chwilową nieobecność, ostatnio zaniedbałam Definiuję, snapa, instagram a także Wasze blogi... Po prostu ostatnio strasznie dużo się dzieje, ale dzięki maturom mam tydzień wolnego i liczę, że uda mi się już wszystko nadrobić. Do napisania!

Fotografia we wpisie: kolekcja własna


You Might Also Like

35 komentarze

  1. Piękne i klimatyczne ulice i uliczki. Mam wrażenie, że u nas ulice są takie zwyczajne... Ale to pewnie syndrom opatrzenia :-) Ech, super miałaś tę podróż!

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzym nęci mnie już od dawna... a jednak coraz bardziej się boję, że wrócę rozczarowana. Po twoich zdjęciach widzę to, czego nienawidzę najbardziej na świecie - tłumu ludzi :c

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie napisane, Rzym jest nieobliczalny, każdego zachwyca innymi partiami :)
    A kardigan to po prostu rozpinany sweterek ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. No i nieopatrznie skomentowałem Twój wpis, będąc zalogowanym na koncie mojej żony, która właśnie spostrzegła, co narobiłem i krzyczy na mnie, że ją kompromituję w internetach, bo ona doskonale wie, co to kardigan. ;P

    OdpowiedzUsuń
  5. Karolino, przecieram oczy ze zdziwienia. Pisanie o podróżach nie jest Twoją mocną stroną?
    Z przyjemnością przeczytałam Twoje relacje z Rzymu. Oczywiście, są świetne.
    Rzym jest inny niż wszystkie inne miasta. Nie mam pojęcia w czym tkwi jego urok. Za każdym razem odkrywam jego piękno i niezwykły klimat. Jestem zakochana w tym mieście.
    Niestety, ostatnio jestem na bakier z czasem i rzadko zaglądam na ulubione blogi.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie mam za bardzo nic mądrego do napisania, ale podobała mi się Twoja opowieść o Rzymie i pomyślałam sobie, że fajnie byłoby go kiedyś odwiedzić, bo jeszcze nie miałam okazji. Wprawdzie wydaje mi się, że to mega turystyczne miasto i może przez to mało włoskie, to jednak to Rzym :) A Ty jak czujesz? Jest dużo Rzymu w tym Rzymie? Takiej autentyczności? :) Ze smakiem oglądałam zdjęcia i czytałam Twój opis :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wielkie wrażenie na mnie zrobiły te zdjęcia. Rzym to moja wisienka na torcie miejsc, jakie muszę odwiedzić i do których wybiorę się na pewno już niebawem. Tylko tam według mnie nie można jechać bez przygotowania, jest multum miejsc wartych zobaczenia, zwiedzenia. Ale spełnię kiedyś to marzenie i się tam wybiorę. A póki co mogę się wpatrywać w Twoje zdjęcia tęskno i zarazem z wielkim zachwytem. Ach, będę i ja w Zatybrzu :) Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak klimatycznie... pięknie!!
    i ty ślicznie wyglądasz:)
    pozdrawiam weekendowo:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja Rzym uwielbiam, miasto jest cudne, z niesamowitym klimatem ;-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo klimatyczne zdjęcia, takie niekomercyjne i prawdziwe...

    OdpowiedzUsuń
  11. Dzięki Tobie spędziłam część majówki we Włoszech, piękne zdjęcia, oddające klimat, niemal czułam zapach dochodzący z tych knajpek, które wystrojem zachęcały do wejścia.
    Co do pizzy, która Cię rozczarowała - czasem w takich miejscach tłumnie odwiedzanych przez turystów obcinają jakość na rzecz ilości, nie mówiąc o cenach. Podobnie jest w Polsce. Wielokrotnie przekonaliśmy się, że gdzieś w trasie można wypić pyszna kawę i zjeść niedrogi posiłek, natomiast u celu - i drogo i jakość wątpliwa, cóż zmęczony turysta wszystko zje...
    Dziękuję Ci za tę piękną wycieczkę i powtórzę, że Twoje obawy co do opisów są zbędne, fajnie się czyta :-)
    Od czego mamy wyobraźnię? Pozdrawiam majowo:-)

    OdpowiedzUsuń
  12. Bogaty opis, piękne zdjęcia, mnóstwo emocji... Czuć, jak bardzo radosny był to dla Ciebie czas:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Wspaniałe zdjęcia! Chciałabym kiedyś odwiedzić Rzym, to magiczne miasto.

    (Ty dzięki maturom masz tydzień wolnego, a inni właśnie zgrzytają zębami na myśl o 4 maja...xd)

    OdpowiedzUsuń
  14. Wspaniała wycieczka, cudowne zdjęcia i wrażenia niezapomniane. Nie byłam nigdy we Włoszech, ale chyba jak znam siebie najbardziej zauroczyły by mnie klimatyczne stare uliczki Zatybrza.

    OdpowiedzUsuń
  15. Świetna podróż! Piękne, klimatyczne miejsca :) Chciałabym odwiedzić Rzym. Na żywo zobaczyć Watykan, Ztybrze, butiki projektantów :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Przede wszystkim chcę pogratulować Ci niezapomnianych osiemnastych urodzin i życzyć innych kolejnych równie ciekawych. Rzym niby niezmienny od pokoleń, ale widziany przez pryzmat osobowości potrafi osłonic nieodkryte oblicza i ujawnić mnóstwo szczegółów. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  17. Na zdjeciach widac twojå radosc... I to jest najbardziej urocze, bardziej niż Rzym

    OdpowiedzUsuń
  18. Oczywiście, że piszesz ciekawie, wybierasz też interesujące miejsca do swoich zdjęć, lubię tu zaglądać. Serdeczności dla Ciebie, pozdrawiam zapracowaną.

    OdpowiedzUsuń
  19. Super fotki, naprawdę są niesamowite. Lubię Włochy i ich architekturę, kulturę oraz kuchnię. Uszanowanko Karolciu!

    OdpowiedzUsuń
  20. Cóż Rzym znam lepiej niż Warszawę.
    Jak pisać o podróżach? tak jak opowiadać kumpeli o randce, z emocjami ale bez intymnych szczegółów.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, ale to strasznie chaotyczne by było :D

      Usuń
  21. Piękne zdjęcia!!! Rzym jest bardzo uroczy jak dla mnie tajemniczy!!! Pozdrawiam z równie pieknego Madrytu!!!

    www.ladyagat.com

    OdpowiedzUsuń
  22. Słowa nie są w stanie - jak napisałaś - oddać piękna danego miejsca, ale zdjęcia bardziej.
    Uważam, że Twoje zdjęcia i cała relacja są bardzo interesujące :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Super, że udało Ci się zwiedzić Rzym. Zazdroszczę :)
    http://aniaanaa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  24. Bardzo podoba mi się sposób, w który opisujesz swoją podróż do Rzymu, całą relację czyta się naprawdę przyjemnie, masz lekkie pióro :) A co do samego Wiecznego Miasta to nie miałam pojęcia o tej małej wysepce znajdującej się w Rzymie, jest magiczna! :)

    http://crafty-zone.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  25. Naprawdę świetnie napisany post. Dzisiaj tylko szybciutko przeczytałam i pokrótce obejrzałam zdjęcia, ale jutro będę się delektować na całego. Gratuluję. Jesteś mistrzynią w wychwytywaniu ważnych chwil i momentów.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  26. Pisanie o podróżach wychodzi Ci naprawdę dobrze, z przyjemnością przeczytałam ten wpis! I te zdjęcia, coś niesamowitego. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze tego lata odwiedzić Rzym ;)

    OdpowiedzUsuń
  27. Piszesz, że nie umiesz opisywać? Skromność, wrodzona skromność. Pięknie to ujęłaś ;) A Rzym kocham i ja...piękne miasto.

    OdpowiedzUsuń
  28. Bardzo lubię, gdy piszesz o podróżach - starasz się ze swoich emocji i przeżyć wyciągnąć jak najwięcej słów :) Każdy inne miejsce postrzega w inny sposób i to jest magia podróży :)

    OdpowiedzUsuń
  29. Po prostu magia, fajnie że mogłaś tam spędzić swój 18 dzień, rewelacyjny pomysł i bardzo niespotykany. Jejku, ale jest tam pięknie i klimatycznie, aż brakuje słów żeby opisać zachwyt nad tym miejscem i Twoim postem :)

    OdpowiedzUsuń
  30. Karolinko :) Pięknie i mądrze piszesz o swoich doświadczeniach i podróżach, do tego Jesteś śliczną dziewczyną. Nie przesadzę, jak powiem, że z lekka Jesteś podobna do mojej córci. Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  31. Rzym to zdecydowanie MOJE miejsce na świecie. Głęboko wierzę, że spędzę tam jeszcze kawał życia i wypiję niejedną butelkę wina. ;) Szczególnie pociąga mnie urokliwe Zatybrze. Szkoda, że tak często się o nim zapomina, a wycieczki mają ten nagminny, brzydki zwyczaj omijania go szerokim łukiem.
    Pozdrawiam serdecznie,
    K. F. z www.kaniafrania.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  32. Fajnie tak sobie spacerować i podziwiać, kiedy człowiek nic nie musi. Dlatego powinno się jak najczęściej wyjeżdżać z domu tam gdzie oczy poniosą.
    Czy Neron podpalił Rzym? Sądzę, że zadziała tutaj maksyma "siła złego na jednego". Być może w przepastnych bibliotekach Watykanu zachowane są wzmianki na tę okoliczność, pokryte kurzem zapomnienia.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  33. Przepiękne miejsca, chyba większość z nas darzy je sentymentem. Nie wszystko przeczytałam , mam chore oczy, fotografie jednak obejrzałam z wielką przyjemnością. Dziękuję i pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  34. Mieszkałam we Włoszech dwa miesiące (w Toskanii), ale do Rzymu nie udało mi się dotrzeć i wciąż jest w tyle głowy jako plan na następny wyjazd :) Ale jak wiele :) Jestem ogromną fanką Włoch, a zwłaszcza Florencji, po której spacerując, codziennie odkrywałam coś nowego :)

    OdpowiedzUsuń

Twoja wypowiedź to bardzo istotna część tej strony, śmiało dodaj coś od siebie :))

Subscribe