JESTEM KOBIETĄ, JESTEM CZŁOWIEKIEM, JESTEM WOLNA

JESTEM KOBIETĄ, JESTEM CZŁOWIEKIEM, JESTEM WOLNA


Powszechna deklaracja praw człowieka uchwalona w 1948 gwarantuje mi prawo do życia, do wolności i bezpieczeństwa. Niniejszy dokument zapewnia mi równość pod względem godności i posiadanych praw, zabrania się ingerencji w moje życie prywatne, rodzinne, domowe, uwłaczaniu mojemu honorowi lub dobremu imieniu. Otrzymałam te wszystkie prawa ponieważ jestem człowiekiem i fakt bycia kobietą w żadnym razie nie powinien ich ode mnie odsuwać. Właśnie teraz, gdzieś, ktoś obraduje. Obraduje nad moim losem and moim życiem, nad moim organizmem. Nade mną i nad Tobą droga Czytelniczko. Jestem kobietą i mówię stanowcze NIE  dla pozbawienia nas najważniejszej, życiowej decyzji: czy chcemy donosić ciążę

Długo nosiłam się z zamiarem wyrażenia swojej opinii w tym temacie, ale że już samo hasło aborcja jest niemałą kontrowersją,  czułam się nieswojo nawet na myśl o poruszaniu tej kwestii na blogu. Inni się tym zajmą - myślałam, ale przez kilka ostatnich dni nie mogę sobie dać rady z całym wulkanem emocji, które drzemią we mnie gotowe do eksplozji. Tyle raz podkreślałam jak ważna jest społeczna interwencja, a teraz sama postanawiam schować głowę w piasek i umościć się na wygodnym lifestylu. Zrobiło mi się wstyd, przed samą sobą i przed Wami drodzy czytelnicy. Sumienie i dusza skłonna do porywów nie pozwalają mi zasłonić się dziś lekkim, przyjemnym tematem. Czas złapać byka za rogi i dać wyraz sprzeciwu wobec odebrania kobietom prawa wyboru. Na wstępie chciałabym jednak zaznaczyć, że owy wpis jest wyłącznie moją własną refleksją, nikogo nie nakłaniam do zamiany przekonań, nie zamierzam obrażać żadnej, konkretnej osoby ani grupy osób, szanuję różniące się, odmienne opinie, jednocześnie oczekując podobnej reakcji ze strony ludzi o zdaniu innym niż moje. Niestety na oczekiwaniach poprzestało, bowiem ustawa zabraniająca mi swobody działań w zakresie życia prywatnego właśnie słodko spoczywa na sali obrad.

Na początek krótki przykład, który najlepiej obrazuje położenie kobiet przeciwnych zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Wyobraźmy sobie, że weganie zdobywszy moc inicjatywy ustawodawczej (zebranie 100 tys podpisów) zmuszają ogół społeczeństwa polskiego do zaprzestania spożywania mięsa i produktów odzwierzęcych gdyż w ten sposób ratują życie naszych tzw. braci mniejszych. Za dopuszczenie się owego występku miałaby grozić kara pozbawienia wolności do lat trzech. W tym momencie chciałabym zobaczyć minę przeciętnego Iksa, któremu odbiera się możliwość spożycia schabowego. Dokładnie taki wyraz twarzy mają kobiety słyszące o barbarzyńskim pozbawieniu ich prawa wyboru, decyzji o własnym życiu i ciele. Należy bowiem kilkakrotnie podkreślić, że polskie prawo zezwala na aborcje jedynie w trzech, skrajnych przypadkach: ciąża będąca efektem gwałtu, zagrożeniem dla zdrowia lub życia nosicielki oraz defekt płodu. Sama myśl o zawężeniu tak niewielkiej przestrzeni elementarnej wydaje się abstrakcją na miarę rozwiniętej formy życia na Saturnie. A jednak science-fiction właśnie rozgrywa się na naszych oczach! Dlatego ubolewam nad faktem, że podmiotem inicjatywy ustawodawczej jest 100 tys obywateli bez względu na rodzaj projektu ustawy. Moim zdaniem o zakazie aborcji nie powinni wypowiadać się przede wszystkim mężczyźni, bo o kobiecym organizmie wiedzą tyle co pies o jeździe konnej. Na dobrą sprawę pod projektem powinny podpisać wyłącznie kobiety w wieku reprodukcyjnym będące jednocześnie wegankami - pacyfistkami jako obrończynie KAŻDEGO życia, w innym wypadku wyczuwam hipokryzje...

Nie mam wykształcenia medycznego i biologicznego, ale cztery lata zajęć z zakresu funkcjonowania ludzkiego organizmu pozwalają mi stwierdzić iż od momentu poczęcia czyli połączenia plemnika z komórką jajową do momentu powstania organizmu przypominjącego ludzki musi minąć wiele czasu. Bowiem na początku jest zarodek, zlepek komórek w niczym nieprzypominający słodkiego, pulchnego bobasa jakiego zapewne mają na myśli zwolennicy zaostrzenia ustawy dotyczącej aborcji. Wielu z nich woła: "Ty też kiedyś tak wyglądałeś!", "Co byś czuł gdyby Ciebie usunięto?!" Otóż czułabym nic, jedno, wielkie nic, gdyż na tym etapie rozwoju trudno mowić o złożonych uczuciach, oczywiście pomijając fakt, że pytanie z zasady nie ma sensu. Trudno byłoby mieć zdanie w jakimkolwiek obszarze jeśli się po prostu nie istnieje. Wyznawcy idei pro-life zakładają jednak, że już w momencie triumfalnego zdobycia komórki jajowej przez plemnik mówimy o nowej formie życia per człowiek i w swej ustawie przewidują zaniechanie powszechnego użycia słów zarodek czy płód. Oj biada tym co zdawać będą maturę z biologii, teraz to dopiero zatonął w chaosie faktów. Ponadto przeciwnicy aborcji uważają proces za wynaturzenie, ale czy samica wiedząc, że nie wykarmi wszystkich młodych, albo, że jedno jest najsłabsze z miotu nie dokonuje ostatecznego? W pełni rozwinięte, żywe potomstwo, a my tu mówimy jedynie o zarodku, w końcu nie bez powodu wegetarianie wciąż jedzą jajka... No chyba, że od dziś uznajemy jajecznicę za potrawkę z kurczaka.

Wracając jednak do sedna; owa koncepcja posiłkuje się założeniami religijnymi: poczęcie - człowiek. Warto więc poświęcić chwilę temu zagadnieniu bo w myśl zasady powinniśmy zrezygnować z uznania procesu ewolucji.  Czytając Biblię wprost powinniśmy uznać, że człowieka od dinozaura dzieli zaledwie kilka dni, a kobieta jest podwładna mężczyźnie (nieco sarkastyczni dorzuciliby: "tak, a w jej żyłach płynie płyn do naczyń"). Nie lubię poruszać kwestii wiary, bo jest to sprawa nadzwyczaj indywidualna, ale aby przedstawić swoje stanowisko muszę zaznaczyć iż zostałam wychowana w wierze katolickiej i nadal jestem chrześcijanką. Aczkolwiek moje poglądy mocno odbiegają od stanowiska isnstytucji Kościoła, nie ze względu na własną wygodę, ale bycie odrębną, myślącą jednostką. Pewne prawa muszą odejść w zapomnienie z powodu wzrostu ludzkiej świadomości.  Warto zauważyć, że wiele lata temu we mszy nie mogła uczestniczyć kobieta w czasie menstruacji bowiem uznano ją za nieczystą. W końcu jednak Kościół zmuszony był uznać górę biologii. I być może znów warto pochylić się nad pewnymi zagadnieniami.... Nie zapominajmy jednak, że w Polsce istnieje rozdzielność państwa od kościoła. Na świecie występuje już kilka krajów teokratycznych, w których prawo religijne jednocześnie staje się prawem obowiązującym w całym państwie, ale jak pokazała historia brak separacji tych dwóch obszarów może być tragiczne w skutkach. Nie chciejmy przekonać się o tym na własnej skórze

W przyszłości chciałabym zostać matką i kiedy w moim życiu pojawi się dziecko będę je kochać i rozpieszczać, ale nie zmienia to faktu, że chcę mieć wybór, a raczej poczucie bezpieczeństwa. Osobiście jestem za całkowitą legalizacją aborcji jako czynnikiem umacniającym wolność osobistą kobiety (niestety jak już wiadomo projekt ten został odrzucony). Sama nie popieram przerwania ciąży jako pewnego rodzaju antykoncepcji, ale tę kwestię pozostawiam wyłącznie sumieniu przyszłych rodziców. Jednak bardziej od nikłej swobody w tym zagadnieniu martwi mnie fakt, że chce się nas jej w ogóle pozbawić (o zgrozo jak już wiemy projekt antyaborcyjny przeszedł pod dalsze rozważania). Wiele osób twierdzi że kobieta mimo zagrożenia własnego życia będzie musiała urodzić, ja czytając projekt ustawy wywnioskowałam, że to miałby być jedyny przypadek dopuszczający właśnie przerwanie ciąży, ale od razu nasuwa się pytanie czy lekarze wystraszeni odpowiedzialnością karną nie będą wystarczająco długo odwlekać zabiegu aborcji... Pewnym jest jednak, że ustawa odbierze nam prawo do usunięcia uszkodzonego płodu. Prawdę mówiąc zakrapia to o brutalność, bo trudno mówić o postępowaniu humanitarnym jeśli choroba okazuje się na tyle ciężka, że pojawiający się na świecie człowiek będzie czuł jedynie ból i znosił męki... no ale cóż podobno cierpienie uszlachetnia. Najbardziej przerażające jest jednak pozbawienie kobiety możliwości usunięcia ciąży będącej skutkiem gwałtu. Kiedy słucha się lub czyta relacje zgwałconych zwykle pada zadanie: "Czułam się jak kawał mięsa". I tak o to skazujemy skrzywdzoną na dziewięć niemiłosiernie, długich miesięcy czucia się w opisany sposób. Wyobraź sobie najdroższą Ci kobietę, córkę, matkę, siostrę, dziewczynę i pomyśl, że to ona (nie daj Boże) przez ten czas zmuszona jest znosić ten ból, to brzemię, czuć w sobie poruszającą się cząstkę oprawcy, a na koniec znieść jeszcze traumatyczny poród, po którym ujrzy potomka potwora, który odebrał jej godność. W tym momencie istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że ciężarna targnie się na swoje życie... Teraz tracimy nie tylko płód, tracimy żywego człowieka - nosicielkę.

Najsmutniejszy z tego wszystkiego jest fakt, że jeszcze bardziej rozwinie się aborcja w tak zwanym podziemiu. Od razu mam przed oczami scenę z kultowego Dirty Dancing kiedy przyjaciel Penny mówi o przeżytym przez nią zabiegu aborcji mniej więcej tak: "Miał rokładane łóźko i brudny nóż, a ona tak bardzo krzyczała". Ojciec Baby ratując życie umierającej Penny spytał kto posłał ciężarną pod "nóż rzeźnika"... Usunięcie ciąży tak jak antykoncepcja (podobno w średniowieczu za prezerwatywy służyły wnętrzności byka) nie jest nowym zjawiskiem, nie można więc mówić o degeneracji XXI wieku, trzeba by było pociągnąć do odpowiedzialności setki tysięcy istnień, całą ludzkość. Jeśli projekt stanie się ustawą ciąża z pięknego okresu przemieni się w horror, bo nagle ciężarna z nieco za ciężką torebką na ramieniu może zostać uznana za kobietę celowo powodującą poronienie. Jest to oczywiście nieco przerysowany przykład, ale z drugiej strony kto wie... Nie wyobrażam sobie jak miałby wyglądać proces dochodzenia czy utrata płodu była celowym działaniem czy może efektem nieumyślnego postępowania lub problemów zdrowotnych. Kobieta, która przeżyła piekło poronienia miałaby być ponadto przesłuchiwana? Wychodzi na to, że stan błogosławiony powinien być przez nas niemal w całości przeleżany... Czyli od momentu poczęcia do rozwiązania to wyłącznie panowie będą zarabiać, gotować, sprzątać, prać, prasować, robić zakupy, a my będziemy siedzieć i pachnieć. W sumie czemu, nie?

Reasumując musiałabym jeszcze raz wylać całe wiadro emocji aby doprowadzić do jakiegokolwiek podsumowania. Tu mówienie pokrótce jest po prostu niemożliwe. Kończąc ten wpis czuję smutek, jako kobieta, człowieka, obywatel Polski, wiem bowiem, że jak raz odbierze się prawo swobody to później będzie już coraz prościej. Może zakażemy używania środków antykoncepcyjny albo odbierzemy kobiecie prawa wyborcze? Czuję się potwornie skonfundowana... i chyba również czuję stres przed  Waszą reakcją na ten wpis.  Mam jednak nadzieję, że zmusiłam Was do refleksji na temat aborcji i zechcecie zabrać głos w dyskusji. Proszę jednak by bez względu na poglądy wypowiedzi były kulturalne i nikogo nie obrażały, za co z góry dziękuję.

Edit: Zapraszam również do przeczytania artykułu (link) Weroniki Rokickiej, warto znać skutki pewnych postępowań!

A więc jak brzmi Twoje stanowisko?
_____________________________________________________________________________

Chcesz być na bieżąco z nowymi postami? Nic prostszego!  Dołącz do obserwatorów Definiuję na bloggerze, snapchacie: definiuje_blog oraz  FANPAGE'U i INSTAGRAMIE 


BLOGOWA SLOW FASHION - ROZSĄDEK CZY MODOWY REŻIM?

BLOGOWA SLOW FASHION - ROZSĄDEK CZY MODOWY REŻIM?


Skłamałabym mówiąc, że moda zawsze była istotną częścią mojego życia. Przez długie lata ubrania nie widniały na liście moich priorytetów, a kiedy w końcu poczułam modowe powołanie, tworzone przeze mnie stylizacje były raczej zbitką przypadkowych, modnych w danym sezonie rzeczy niż własnym stylem... Ale mimo wszystko nie zamierzam rzucać tu wytartymi frazesami jak wielką tragedią były niedopasowane do siebie poszczególne części garderoby. Owszem, tworzenie zestawów na kolejne dni zadawało się być nieco problemowe, ale na pewno nie napisałabym na ten temat książki. Uporządkowanie własnego stylu to przede wszystkim znajomość siebie, swojego charakteru i własnych upodobań. Zdecydowanie nie trzeba do tego kolorowych tablic inspiracji, zakupowych detoksów i innych zabaw, które stanowią przerost formy nad treścią. Coraz częściej zauważam, że usiłujemy utworzyć modowe problemy, które praktycznie nie istnieją i właśnie nad tym tematem chciałabym się dziś pochylić. Nurt slow fashion pojawił się w Polsce prawie jak objawienie i nagle wszystkie fashionistki zaczęły pokładać w nim wielkie nadzieje. Niestety mam poczucie, że innowacyjna idea nagle stała się jedynie powodem do oryginalności i wyrzutów sumienia. Zaczynam więc zachodzić w głowę, czy naprawdę warto?

NURT SLOW FASHION

Slow - ostatnim czasem bardzo modne słowo, zwłaszcza w blogowych kręgach, definiujące coś wolnego, choć w naszym rodzimym języku znacznie lepiej brzmi określenie uważny. Istnieje termin slow life propagujący celebracje codzienności (co akurat uważam za bardzo słuszną ideę), pojawił się także nurt zwany slow food, który zachęca do spożywania, zdrowych, odżywczych produktów, finalnie mamy także slow fashion. Pierwotnie opisywałabym to zjawisko jako szacunek do mody, ale dziś coraz poważniej zastanawia mnie sens istnienia całej idei... Teoretycznie wyznawcy owego kierunku w modzie sugerują nam stawianie na jakość zamiast ilość, wspieranie młodych marek i ogólnie rzecz ujmując ograniczanie swojej garderoby do ścisłego minimum. I tu w mojej głowie pojawia się coraz więcej potaniań... 

BLOGOWA DUCHOTA MONOTEMATYCZNOŚCIĄ

O ile nie zawodzą mnie pamięć i spostrzegawczość slow fashion zyskała tak wysoką pozycję w polskiej blogosferze dzięki Joannie Glogazie, prowadzącej stronę Style Digger poświęconej celebracji codzienności. Bloggerka jest jednocześnie autorką dwóch książek skupiających się na tematyce slow - Slow Fashion i Slow Life.  Kiedy trzy lata temu dotarłam na bloga Style Digger zetknęłam  się z nurtem po raz pierwszy. Wtedy idea wydała mi się innowacyjna i naprawdę intrygująca. Propozycja robienia rozsądnych zakupów, szacunek do posiadanych rzeczy, a przede wszystkim zatrzymanie pogoni za trendami brzmiało naprawdę dobrze. Nie zawsze mogę zgodzić się z tym o czym autorka rozprawia na swoim blogu, ale Style Digger to prekursor blogowej slow fashion, a samej treści nie można odmówić oryginalności i pomysłowości. Niestety nie mogę napisać tego samego o wielu innych stronach łaknących stania się ekspertem w opisywanej dziedzinie. Każda treść jaką dostaję od owych bloggerk to wypisz wymaluj powielenie rad i pomysłów z bloga i książki Joanny. Rozumiem, że pewne treści wymagają powtórzenia, są zbyt jednoznaczne aby móc je zmodyfikować, ale temat slow fashion chyba do nich nie należy. Mam nawet w głowie jedną ze stron, która przypadła mi do gustu ze względu na różnorakie treści, ale kiedy tylko dostrzegam wpis o rozsądnej modzie... wciskam wstecz albowiem wiem jak elegancką kopię ozdobioną innymi słowami dostanę od autorki. Efekt? Gdy po raz kolejny na przeróżnych stronach dostrzegam posty o wielkiej slow fashion uciekam z krzykiem.

MAŁO, MAŁO CORAZ MNIEJ

Główna zasada nurtu? Kupuj mniej ubrań, ale dobrej jakości. Ogranicz swoją szafę do minimum i zapomnij o swobodnych  zakupach. Jednym słowem okrój modę z przyjemności i zabawy. Jestem pewna, że znawczynie nurtu chciałyby sprostować to co właśnie napisałam, więc zaznaczam, że ten paragraf to wyłącznie moje własne przemyślenia kształtowane latami. Ja odbieram nurt jako modowy reżim, pozbawienie się wielkiej przyjemności z modyfikacji własnego stylu. Oczywistym jest, że ten pozostaje na zawsze o ile jest faktycznie nasz, ale zawsze mogę uznać, że wolę czerń od granatu, albo szarość od bieli. Wciąż klasycznie, a jednak inaczej.

NIE DOSTRZEGAM CELU 

Thomas Moor pisząc swoją utopię nie wziął pod uwagę faktu iż człowiek jest istotą indywidualną, zaś twórca slow fashion zapomniał o tym, że również zmienną. Rozpatrzmy problem nurtu na przykładzie: wyobraź sobie, że kupujesz niewiarygodnie drogą koszulę świetnej jakości, to sprawi że zostanie z Tobą na lata, po pewnym czasie stwierdzasz, że wolał(a)byś coś mniej dopasowanego i raczej luźniejszego, ale koszula wciąż wygląda świetnie, a ty dałeś/aś za nią krocie. Pozbycie się ubrania może być więc bolesne, a trzymanie go w szafie zbędne... Tak więc, czy slow fashion przypadkiem nie przeczy sam sobie? Oczywiście nie namawiam nikogo do zakupu ubrania, którego jakość jest słabsza od materiałowej szmatki, ani trzymania stosu niepotrzebnych rzeczy w szafie, ani szaleńczego biegania po sklepach jednak chcę pokazać, że każdy fanatyzm jest niebezpieczny. Trzymanie się w ryzach w nawet tak prozaicznej dziedzinie życia zaprowadzi ten świat do zagłady, jesteśmy bowiem za bardzo surowi wobec naszych postępowań. Szafa nawet pełna ubrań nie jest przyczyną braku pomysłu co na siebie włożyć, to wyłącznie kwestia gnania za trendami lub robienia szybkich zakupów albo brania czegoś wyłącznie dlatego że jest tanie... Przemyślany proces kupna i uporządkowanie swojej szafy to dwa podpunkty, które uważam za dobrą stronę slow fashion, ale to wciąż za mało bym uwierzyła w sens istnienia całego nurtu...


Ciekawa jestem jak Wy postrzegacie nurt slow fashion. Odnajdujecie w nim siebie
czy może jest dla Was za mało konkretny?
_____________________________________________________________________________

Chcesz być na bieżąco z nowymi postami? Nic prostszego!  Dołącz do obserwatorów Definiuję na bloggerze, snapchacie: definiuje_blog oraz  FANPAGE'U i INSTAGRAMIE 
JESZCZE CHWILA, JESZCZE MOMENT!

JESZCZE CHWILA, JESZCZE MOMENT!



Najwspanialsi Czytelnicy! Ten wpis to jedynie krótka notka informacyjna, w której chcę Was przeprosić za moją nieobecność. Dopiero co pisałam o swoich celach na nadchodzący rok szkolny, gdzie wspomniałam o blogerskiej systematyczności, a już na stronie świeci pustkami... Chciałabym jednak poprosić Was o jeszcze odrobinę wyrozumiałości, wpis ukaże się w niedzielę, a ja zrobię wszystko, żeby niespodziewane przerwy więcej nie zaburzały pracy bloga. Klasa maturalna mocno utrudnia funkcjonowanie po za szkołą, a że z początkiem września uderzyła we mnie lawina rzeczy na cito nieco zgubiłam się w moim elegancko rozplanowanym świecie. Miejmy jednak nadzieje, że to tylko chwilowa dezorganizacja i postanowienie o systematycznym blogowaniu faktycznie się spełni. 
"MAŁE ŻYCIE" LECZ WIELKA NAUKA

"MAŁE ŻYCIE" LECZ WIELKA NAUKA



Stare porzekadło zabrania oceniania książek po okładce, ale gdyby nieobłędna grafika prawdopodobnie nigdy nie zwróciłabym uwagi na ten opasły tom stojący na księgarnianej półce. Małe życie - głosił napis rozciągający się wzdłuż białego tła. Zainteresowana zagłębiłam się w opis dzieła i obiecałam sobie zakupienie owej pozycji w wersji elektronicznej (w końcu kilkusetstronicowa księga wydaje się mało poręczna). Jakież było moje zdziwienie kiedy po wpisaniu tytułu w wyszukiwarkę dowiedziałam się iż Małe życie to najgłośniejsza powieść roku. Przez moment gotowa byłam się wycofać z zakupu bowiem nie przepadam za światowymi perełkami, od których wymaga się czasem zbyt wiele, ale ciekawość okazała się o wiele silniejsza...

Małe życie opowiada historię grupy przyjaciół; Willem zajmuje się aktorstwem, Malcolm poświęcił się architekturze, JB to zdeklarowany artysta, a Jude postanowił zostać prawnikiem. Ta zupełnie przypadkowa czwórka osób po raz pierwszy spotyka się na studiach i od tej pory pozostaje razem. Poznajemy ich jako młodych, zagubionych absolwentów uczelni, którzy zjechali do Nowego Jorku w poszukiwaniu nowego, lepszego życia zapominając, że to nie miejsce, a stosunek do świata ma największe znaczenie. Przez najbliższe ćwierć wieku przyglądamy się ewolucji owej grupy ich zmaganiom związanych z bólem przeszłości, uniezależnieniem od narkotyków, samookaleczenia i seksu. Poznajemy ich najmroczniejsze i najokrutniejsze sekrety, traumy oraz obawy związane z przyszłością, ale także definicje prawdziwej przyjaźni, miłości i szczęścia. Przed nami prawdziwa mieszanka wybuchowa uczuć i emocji.

Dzieło Hanyi Yanagihary to miejsca, w którym piękno zderza się z brutalnością w taki sposób, że czytelnik nie jest w stanie stwierdzić czy powieść uznać za pokrzepiającą czy raczej psychodeliczną. Z jednej strony miałam ochotę rzucić ją w najdalszy kąt domu tak by smutek, ból i cierpienie w niej zawarte nie zdołały mnie dosięgnąć, ale to niemożliwe bowiem jej ciepło, nadzieja i magia wywoływały zbyt wielką tęsknotę za dziełem. Książka doskonale pokazuje, że życie nie ma na celu być dobrym lub złym, ono po prostu jest, los zaś nie wynagradza nam krzywdy i nie zawsze kara za popełnione zbrodnie. Dzieło wchodzi w fenomenalną polemikę z twardą regułą orientacji seksualnej pokazując, że bycie hetero lub homo nie ma znaczenia w wypadku miłości, bo nie kochamy mężczyzny czy kobiety, ale tę konkretną osobę. A przecież nic innego jak prawdziwa miłość jest silniejsza od demonów przeszłości. 

Spotkałam się z kilkoma opiniami jakoby autorka Małego życia nie rokowała najlepiej. Pisano iż dzieło Yanagihar broni jedynie kreatywne pisanie lecz jak dla mnie zwinne pióro jest wyłącznie ozdobą pięknej powieści. Trafiłam także na wypowiedzi osób, które uznały książkę nierealistyczną i nieprawdziwą, bo rzekomo w polskich realiach podobna grupa przyjaciół nie zdołałaby się utworzyć, na co po prostu brak mi słów. Według mnie Małe życie daje nadzieje ludzkości, na to że prawdziwa przyjaźń naprawdę istnieje choć wymaga wiele wyrzeczeń i zrozumienia. Osobiście wierzę, że każdy człowiek ma w życiu jedną historię (książka/film/spektakl), która będzie należeć do niego, która sprawi, że poczujemy ją w sobie, którą nasz mózg przetworzy jeszcze setki razy - to po prostu historia życia, dla mnie jest nią bez wątpienia Małe życie. Dotarłam także do wielu opinii, które sugerują iż książka cytuję: jedzie po psychice i     jest to zdecydowanie najtrafniejsze określenie tej pozycji. Dzieło Yanagihar wciągnie Cię w środek, pozbawi trzeźwego myślenia i pozostawi w poczuciu histerycznej niezgody. Ale uwierz, warto.  


Znacie tę pozycje? Jak ją oceniacie?

________________________________________________________________________

Chcesz być na bieżąco z nowymi postami? Nic prostrzego!  Dołącz do obserwatorów Definiuję na bloggerze, snapchacie: definiuje_blog oraz  FANPAGE'U i INSTAGRAMIE 

ŻEGNAJĄC LETNI LETARG - OSIEM NAWYKÓW, KTÓRE CHCĘ WPROWADZIĆ PO ZAKOŃCZENIU WAKACJI

ŻEGNAJĄC LETNI LETARG - OSIEM NAWYKÓW, KTÓRE CHCĘ WPROWADZIĆ PO ZAKOŃCZENIU WAKACJI



Bez względu na wiek, wrzesień od zawsze uważany jest za granicę okresu wakacyjnego. Teoretycznie słoneczne światło lata wciąż się tli, ale złociste barwy jesieni już widnieją na horyzoncie. Zupełnie jakby pierwszy dzwonek budził z letargu nie tylko dzieci i młodzież w wieku szkolnym lecz zmuszał mózg ludzkości do przejścia z trybu błogi odpoczynek na system hard work. Tegoroczny wrzesień rozpocznie niezwykle istotny okres w moim życiu - klasa maturalna. Każdy kto sam przechodził przez ostatni rok nauki wie o czym mówię, więc nie widzę sensu opisywania uczuć jakie mi obecnie towarzyszą. Jednak wciąż staram się być dobrej myśli, w końcu im więcej mamy na głowie tym łatwiej nam zorganizować własne życie. Ostatnim czasem internet aż huczy od postów i filmów poświęconych tematowi dobrej organizacji i nawyków jakie warto wpleść w swoją codzienność. A jako, że wrzesień jest dla mnie drugim styczniem wpis o życiowych nowościach postanowiłam przedstawić u schyłku sierpnia. Mam nadzieję, że uda mi się Was zainspirować do wzbogacenia własnych dni o kilka nowalijek. 

 AUDIOBOOKI 

Długo pozostawałam wierna myśli, że audiobooki nie są dla mnie. Wydawało mi się, że nie poczuję historii wystarczająco dobrze, istotne szczegóły zaczną umyć, a imiona bohaterów niemiłosiernie się mylić. Wcześniej wysłuchiwałam jedynie darmowych fragmentów dostępnych dla potencjalnych czytelników, którzy mają ocenić czy książka warta jest zakupu. Do tej formy czytelnictwa przekonał mnie dopiero mój tato, któremu jestem niezwykle wdzięczna. Swoją przygodę z audiobookami rozpoczęłam pod koniec tegorocznej wiosny i tak wysłuchałam już dwie książki.

Z przerażaniem odkryłam jak wiele czasu marnuję na czynności, które muszę wykonać np. przejazdy autobusami, albo takie, które nie wymagają pełni skupienia - sport. Na sezon powakacyjny zaplanowałam więc regularne słuchanie audiobooków dzięki, którym urozmaicam swój czas i wciąż znajduję chwilę na literaturę. Oczywiście ta forma nie zastąpi mi tradycyjnej książki, ale muszę przyznać, że zmęczona taszczeniem z sobą opasłych tomisk postanowiłam czytać jedynie w domu. Słuchanie muzyki również bywa miłym zajęciem, ale piosenki nudzą się zbyt szybko, audiobook zaś zapewnia mi co rusz nową rozrywkę i nieco uprzyjemni przejazdy do szkoły.


 UROZMAICONA NAUKA JĘZYKA

Przez trzy lata uczęszczałam do gimnazjum językowego, gdzie od drugiej klasy uczyłam się trzech języków w sumie jedenaście godzin w tygodniu: angielski - pięć godzin, niemiecki - cztery godziny, hiszpański - dwie godziny. Nauka tylu języków jednocześnie oraz przedmiotów występujących w każdej, innej szkole była jednym z najgłupszych pomysłów z jakimi się zetknęłam. Na początku wystąpiła ekscytacja, ale w efekcie... z hiszpańskiego pamiętam zaledwie kilka słów i zwrotów, w przypadku niemieckiego jest nieco lepiej, bo ten język kontynuuję w liceum, ale moja niechęć do tego brzmienia i beznadziejny akcent znacznie utrudnia proces poznawczy. Zostaje, więc angielski, zdecydowanie mój ulubiony i najbardziej potrzebny język na świecie. Wciąż marzę o płynności posługiwania się nim tak jakby był moim językiem ojczystym, poza tym w maju przyszłego roku czeka mnie matura na poziomie rozszerzonym, więc na liście ląduje realizacja owej zachcianki. 

Nie należę do grona fanów tradycyjnego wkuwania i realizowania lekcji z podręczników językowych... Mam kilka własnych sposobów, które na pewno pomogą mi w nauce:

fiszki - ta forma nie do końca do mnie przemawia i znacznie bardziej wolę uczyć się obcych słów poprzez mapy myśli, ale wpadłam na pomysł aby za pomocą fiszek poznawać jedno słówko dziennie... podczas suszenia włosów. Tę czynność wykonuję każdego dnia i w ten sposób mam wolne pięć minut, które wystarczy mi na wzbogacenie swojego słownika.

artykuły - czytanie w języku obcym nigdy nie sprawiało mi radości, znacznie bardziej wolę dynamiczną naukę, ale wiem, że bez tej czynności ani rusz. Ustaliłam więc, że raz/dwa razy w tygodniu będę czytała artykuł w języku angielskim. Wiem, że lepiej byłoby pracować z tekstem częściej, ale przy czekających mnie siedmiu maturach z pięciu przedmiotów trudno będzie mi znaleźć więcej czasu na angielskie artykuły. Wpadłam już na stronę, która może mi pomóc w tym postanowieniu, ale póki nie przetestuję i uznam za pożyteczną nie będę Wam polecać.

podcasty z BBC - ta forma nauki zdecydowanie przypadła mi do gustu. Podcasty to świetne rozwiązanie nie tylko do nauki języków, ale w tym celu korzystam z nich najczęściej. Uwielbiam programy językowe z BBC ponieważ ich twórcy znają się na rzeczy, korzystam także z dostępnych podkcastów np. six minute english albo, the english we speak. Lektorzy posługują się czystym, płynnym językiem, mówią wyraźnie, a co najlepsze poruszają naprawdę ciekawe tematy.

seriale w oryginale - skoro mojemu życiu domowemu nieustannie towarzyszą Przyjaciele, równie dobrze mogę oglądać serial w oryginale, co najlepsze odcinki są mi na tyle bliskie, że nie muszę się obawiać niezrozumienia kontekstu. Z chęcią sięgnę także po inne twórczości, mam nawet na oku pewien serial, ale muszę przetestować czy oglądanie go w oryginale mnie nie przerośnie. 



PRZEMYŚLANY CZAS WOLNY 

W zeszłym roku szkolnym bardzo uważnie przyglądałam się sposobowi w jaki spędzam czas wolny i z przerażaniem odkryłam jak bardzo go marnuję... Do moich największych grzechów należą: snapchat, instagram, filmiki z youtube, a także gra na telefonie juice cubes. Nie twierdzę, że ta rozrywka jest zła, ale na pewno nie dość dobra aby resetować przy niej głowę. Często narzekam, że brakuje mi czasu na wyjścia ze znajomymi, książki czy bloga, a łapiąc wszystkie te cenne minuty marnowane na głupoty spokojnie skleiłabym z tego kilka godzin na wartościową rozrywkę. Zdecydowanie zamierzam bardziej kontrolować swój czas wolny.


 DZIEŃ SPA RUTYNĄ

Regularne dni spa wprowadziłam w swoje życie już jakiś czas temu, ale w ciągu minionego roku wielokrotnie z nich rezygnowałam czując się zbyt zmęczona na peelingi, maseczki i inne przyjemności. Nie mogę powiedzieć, że stan mojej skóry pogorszył się pod ich nieobecność, ale zdecydowanie odczułam brak relaksu do jakiego przyzwyczaiłam swoje ciało, ale także mózg. Podczas nakładania maseczki sięgam po herbatę i książkę, czekając aż lakier na paznokciach przeschnie odpalam filmy ulubionych youtuberów. Ten czas dla mnie, kiedy stosuję upiększanie i odprężanie działa na mnie niezwykle kojąco i zdecydowanie nie zamierzam poddawać się lenistwu, w końcu wieczór przed telewizorem wcale nie zapewni mi większego odpoczynku... Takie dni spa zamierzam praktykować dwa razy w tygodniu i liczę, że uda mi się dotrzymać tego postanowienia.


 SPIS POMYSŁÓW NA ŚNIADANIE

Jako dziecko jadłam śniadania wyłącznie ze względu na nakaz ze strony mamy, ale odkąd pojęłam sens pilnowania abym nie wychodziła z domu z pustym żołądkiem sama staram się nie omijać porannego posiłku. Nie należę do grona miłośników jedzenia, zdecydowanie jem aby żyć, a nie żyję aby jeść, więc przemyślany spis gotowych dań, które lubię na pewno okaże się pomocny. Rano nie mam apetytu ani czasu na nic wykwintnego dlatego planuję przygotować listę prostych, smacznych dań. Owsianka odpada, ale jeśli znacie inne, ciekawe przepisy na śniadanie z chęcią je przygarnę. 


REGULARNE GOTOWANIE

Wydaje mi się, że jeszcze o tym nie wspominałam, ale od maja zaczęłam urzędować w kuchni na poważnie i mam wrażenie, że obok pisania jest to moja druga życiowa słabość. Jak wspomniałam powyżej fanką jedzenia nie jestem, ale przygotowywanie posiłków to zdecydowanie inna para kaloszy. Uwielbiam gotować dla bliskich, do tej pory za swój największy sukces uważam trzydaniowy posiłek przygotowany dla pięciu osób, który ucieszył smakiem. Przygotowywanie nowych potraw zawsze napawa mnie ekscytacją, tak więc postanowiłam robić to przynajmniej raz w tygodniu. Na co dzień brakuje mi czasu na zabawę w kuchni, ale cotygodniowe pielęgnowanie umiejętności to zdecydowanie dobre rozwiązanie.


AKTYWNE DNI  

Na moim blogu znajduje się już seria postów poświęconych aktywnemu trybowi życia. Wiecie więc, że od pewnego czasu ten temat stał się dla mnie bardzo istotny i niezwykle zależy mi aby w mojej codzienności nie zabrakło miejsca na sport. Do tej pory dwa razy w tygodniu ćwiczyłam na siłowni, a przez trzy dni korzystałam z treningów na mięśnie brzucha, które znaleźć można w internecie (jeśli jeszcze nie widzieliście koniecznie zajrzyjcie do wpisu z listą moich top filmów z ćwiczeniami). Bardzo mi zależy aby nie rezygnować z tej rutyny, a dodatkowo chciałabym znaleźć dwadzieścia minut na jogę lub streaching, które mogłabym wykonywać po południu. Myślę, że po powrocie ze szkoły gdzie głównie siedzę, dobrze będzie nieco rozciągnąć ciało przed kolejną serią statecznego ślęczenia nad książkami. Ponadto planuję także raz, dwa razy w tygodniu (o ile pogoda dopisze) wysiadać dwa przystanki przed docelowym i pokonywać resztę trasy do domu na piechotę. W końcu czasem dobrze jest dotlenić mózg, zwłaszcza kiedy głównie przechodzi się z budynku do budynku.



 BLOGOWANIE NA POWAŻNIE

Ostatni, a zarazem niezwykle istotny punkt dotyczy samego prowadzenia bloga. Nie jest to mój sposób zarobku, więc nie mam nad sobą bata w postaci licznika odwiedzin, ale uważam że zaglądający tu regularnie czytelnicy to o wiele większa wartość, dla której warto zorganizować proces blogowania. Do tej pory starałam się pisać dwa razy w tygodniu, ale jak nietrudno zauważyć rzadko bywały tygodnie, w których zaplanowana liczba postów naprawdę by się pojawiła. Niezwykle ubolewam nad tym faktem i pluję sobie w brodę, że nie umiem zapanować nad stroną, którą sama prowadzę. Podczas przerwy wakacyjnej nieco przemyślałam kwestie związane z blogiem i postanowiła być bardziej regularną bloggerką, już staram przygotować zapas postów i zdjęć który pozwoli mi być z Wami na bieżąco.  Sprawne operowanie czasem wolnym pozwoli mi także na częstsze odwiedziny na obserwowanych blogach. Oby wszystko poszło zgodnie z planem, trzymajcie kciuki!


A jakie nawyki Wy planujecie wprowadzić na zakończenie lata?
________________________________________________________________________

Chcesz być na bieżąco z nowymi postami? Nic prostrzego!  Dołącz do obserwatorów Definiuję na bloggerze, snapchacie: definiuje_blog oraz  FANPAGE'U i INSTAGRAMIE