GARŚĆ WSPOMNIEŃ Z WYSPY WIECZNEJ WIOSNY

GARŚĆ WSPOMNIEŃ Z WYSPY WIECZNEJ WIOSNY


Jeśli śledzicie na bieżąco informacje ze świata na pewno wiecie o tragedii z jaką zmagał się Madera. Pożary lasów w połączeniu z silnym wiatrem zmieniły życie mieszkańców w prawdziwy koszmar... Około tysiąc osób - tubylców oraz turystów zostało ewakuowanych, a ogień wciąż siał postrach na przedmieściach stolicy.  Wyspa wiecznej wiosny stanęła w płomieniach, a ja nie mogę się pogodzić, że tak piękne miejsce i tak przyjaznych ludzi spotyka okrucieństwo żywiołu. To przedziwne uczucie, kiedy przyglądasz się zdjęciom znajomych ulic, a nad nimi unoszą się kłęby dymu. Jednak mam wielką nadzieję, że wyspa szybko podniesie się z klęski, to nie pierwszy pożar lasów na Maderze, zdarzyła się również powódź, Ocean Atlantycki zniszczył wiele obiektów, a mimo to wyspa wciąż świetnie prosperuje. Oby i tym razem los sprzyjał mieszkańcom cudnej Madery. 

Jak doskonale wiecie pierwszą połowę lipca spędziłam na portugalskiej wyspie, która od pierwszych chwil skradła moje serce. Dwa tygodnie temu przedstawiłam Wam mój debiutancki filmik będący czymś w rodzaju praktycznego przewodnika po Maderze, a dziś chciałabym podzielić się z Wami przemyśleniami dotyczącymi samej wyspy. Muszę przyznać, że kiedy dotarłam na miejsce ciemność uniemożliwiła mi dostrzeżenie większych szczegółów, a zmęczenie nie pozwalało na dokładniejsze przyjrzenie się wyspie. Odkąd pojawiłam się na wrocławskim lotnisku około godziny 15:00 tak dane było mi zasnąć w hotelu dopiero przed 4:00 rano kolejnego dnia. Kiedy po kilku godzinach ponownie otworzyłam oczy i dostrzegłam kontury wyłaniające się zza okna wiedziałam, że Madera już mości sobie miejsce w moim sercu.


Pierwszą dobę spędziłam jak prawdziwy turysta z opcją all inclusive albowiem obracałam się pomiędzy posiłkiem, basenem, a snem... jednak ta prawie sześciogodzinna, głównie nocna podróż dała mi w kość. Prawdziwe poznanie wyspy zaczęło się dopiero kolejnego dnia. Podczas całego pobytu najwięcej czasu spędziłam w stolicy - Funchal, w której mieszkiałam, aczkolwiek udałam się także w podróż do Monte, Camara de Lobos,  São Lourenço, Santana oraz Santa Cruz, która jest drugą najczęściej zamieszkiwaną miejscowością przez turystów, choć muszę przyznać, że nie jest to najlepszy wybór. Samo miasto ma bardzo miły, wyspiarski klimat jednak przy tak niewielkich rozmiarach szybko zaczyna się nudzić. Po mniej więcej dwóch, trzech godzinach byłam gotowa do powrotu... 


Miejsce, które zrobiło na mnie zdecydowanie największe wrażenie to stolica wyspy - Funchal, uważana jest za największe miasto na Maderze, tu urodził się i dorastał kapitan portugalskiej reprezentacji piłki nożnej Cristiano Ronaldo. Piłkarz jest mocno związany z rodzinną wyspą, w stolicy otworzył nawet muzeum CR7, poświęcone... sobie (Swoją drogą jak bardzo trzeba się lubić aby stworzyć takie miejsce własnej osoby, aczkolwiek nie wnikam). Samo Funchal trudno przyrównać do jakiegokolwiek innego miejsca; momentami przypomina Francję, architektura jakby bawarska lecz klimat przywodzi na myśl Kubę. 


Kiedyś znana mi osoba opowiadała, że wracając od rodziny mieszkającej w Portugalii płakała na myśl o polskiej rzeczywistości. Choć kiwałam głową ze zrozumieniem nie do końca wiedziałam w czym rzecz dopóki sama nie wpadłam po uszy w kompot portugalskiej uprzejmości. Pierwszym zaskoczeniem była dla mnie życzliwość kelnerów hotelowych, którzy na każde Thank you odpowiadali tym samym, jednak od razu przeszło mi przez myśl, że to na pewno polityka hotelu, ale ludzie w mieście okazali się niemniej uprzejmi. Ponadto mieszkańcy Madery to niezwykle kulturalni kierowcy, zatrzymują się przed pasami jeszcze zanim przechodzień zdąży do nich dojść. Ponieważ wyspa jest niezwykle górzysta prowadzenie auta to nie przelewki, podobno porusza się tu głównie w trzech krokach: jedynka, dwójka, ręczny - powtórz. Kiedy jeden z kierowców niefortunnie zaparkował zabrał ze sobą poduszkę, która ułożona przy samochodzie miała zamortyzować tarcie i ustrzec go przed tragedią...


Pogoda na Maderze również potrafi zaskoczyć. Zwykle temperatura waha się w okolicy 20 - 26 stopni, choć odczuwalna jest o wiele wyższa. Słonko bywa tu niezwykle zdradliwe, więc bez względu na to czy leżymy plackiem nad basenem czy rzucamy się w wir zwiedzania warto użyć kremu z filtrem. Na początku wyjazdu postanowiłam pominąć ten krok i tak o to opaliłam sobie fason sukienki - od nóg, przez rękawy i aż po wzorek na placach... Wytchnieniem w upale jest przyjemny wiatr, który naprawdę niesie ukojenie i czyni codzienność bardziej znośną. Oczywiście nic w naturze nie ginie, dlatego nawet ta pogoda ma swoje minusy, otóż jak twierdziła pani rezydent na Maderze możesz wyjść z fryzurą, ale i tak przyjdzie Ci wrócić z włosami. Wieczory zaś bywają chłodne dlatego zabranie lekkiej kurtki na pewno nie zawadzi.

Na Maderze nie uświadczysz typowo rozumianych plaż, jeśli takowe w ogóle się pojawiają są przysypane gęstą masą ciężkich kamieni dlatego ludzie plażują głównie na platformach nad oceanem lub wybierają wypoczynek nad basenem. Sam Atlantyk zdawał się spokojny, niezwykle kojąco uderzając w skały potrafił zatrzymać mnie przy sobie na dobre kilka minut.


Dzisiejszy wpis to kilka ogólnikowych przemyśleń, zaś niedługo zaproszę Was na pierwsze wpisy z poszczególnych miejscowości, w pierwszej kolejności zdecydowanie boskie Funchal|!


Byliście kiedyś na Maderze? Jakie wrażenie wywarła na Was wyspa?
________________________________________________________________________

Chcesz być na bieżąco z nowymi postami? Nic prostrzego!  Dołącz do obserwatorów Definiuję na bloggerze, snapchacie: definiuje_blog oraz  FANPAGE'U i INSTAGRAMIE 




SUBIEKTYWNA LISTA TOP TRENINGÓW DOSTĘPNYCH NA YOUTUBE

SUBIEKTYWNA LISTA TOP TRENINGÓW DOSTĘPNYCH NA YOUTUBE


Tuż przed rozpoczęciem sezonu wakacyjnego postanowiłam zapoczątkować na blogu nową serie wpisów, które poruszałyby temat aktywnego i zdrowego stylu życia. Do tej pory podzieliłam się z Wami własnymi przemyśleniami na temat motywacji i pierwszych korków w sportowym świecie, a dziś chciałabym zaproponować coś zdecydowanie bardziej praktycznego, a mianowicie listę treningów, które uważam za godne uwagi. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę słowa: ćwiczenia, trening albo płaski brzuch aby uzyskać wykaz kilkudziesięciu treningów poświęconych danym partiom ciała. Otrzymujemy przeróżne zestawy, rozciągnięte w czasie, dopasowane do poziomu zaawansowania, wieku, a nawet stanu fizycznego. Wybór jest ogromny, ale czasem warto postawić na coś sprawdzonego. Do tej pory zgromadziłam listę różnych ćwiczeń, które odpowiadają mi najbardziej i dziś z przyjemnocią się nią z Wami podzielę. Zapraszam! 

JOGA / STRETCHING: 

Zacznijmy od wykazu najspokojniejszych i zarazem najprzyjemniejszych ćwiczeń. Obecnie jestem niezwykle zaangażowana w treningi jogi i stretchingu, które mówiąc bardzo potocznie są swego rodzaju gimnastyką. Przygotowują nasze ciało na relaks, rozciągają mięśnie i dbają o to aby siedzący tryb życia nie wykończył naszego kręgosłupa. Oprócz niezwykłego odprężenia ciała zapewniają nam także odprężenie umysłu za co uwielbiam je jeszcze bardziej. Wiem, że znajdą się sceptycy owych dyscyplin bowiem swego czasu zrodziły się plotki na temat niebezpieczeństwa jakie może nieść uprawianie wspomnianych sportów... Osobiście nigdy nie myślałam o jodze i rozciąganiu jako o czymś złym, ale dla wszystkich wątpiących zamieszczam link do rewelacyjnego artykułu Agnieszki Maciąg, myślę, że rozwieje wątpliwości. A o to moja top lista gatunku:






ROZGRZEWKA:

Rozgrzewka stanowi niezwykle istotny element każdego treningu, to ona strzeże nas przed przykrymi dolegliwościami rozgrzewając nasze mięśnie, a także wprowadzając oddech w tryb sportowy. W internecie nie brakuje licznych ćwiczeń stanowiących wstęp do dalszego treningu, ale jak na mój gust trwają one zbyt długo. Jeśli sama rozgrzewka zajmie nam 20-30 minut często będziemy zbyt zmęczeni, zniechęceni bądź zabraknie nam czasu na ćwiczenia docelowe, a przecież nie o to w tym chodzi. Dwa filmiki jakie wybrałam do swojej listy stanowią serię krótkich, rozgrzewających ćwiczeń, które doskonale przygotują nas do dalszego treningu, a dla początkujących będą stanowić główny ruch, co jest naprawdę dobrym rozwiązaniem.




PILATES: 

Romans z pilatesem przeżywałam na przełomie jesieni i zimy jeszcze zanim na dobre zapisałam się na siłownie. W tym okresie byłam niezwykle zmęczona, ospała, a jednocześnie zapracowana. Poszukiwałam treningu, który będzie odprężający, powolny, ale wciąż nieco zadba o moje mięśnie. Z Olą z TrenerkaInfo ćwiczyłam już kilka lat wcześniej i pamiętałam, że na kanale znajdował się także trening pilatesowy, poszukiwania czegoś nowego okazały się więc zbyteczne. Co prawda obecnie zakończyłam przygodę z pilatesem na rzecz innych ćwiczeń, ale wciąż bardzo miło wspominam ten zestaw i serdecznie polecam.



TRENING CAŁEGO CIAŁA:

Jeśli szukasz treningu, który przysłuży się całemu ciału zdecydowanie postaw na Skalpel. Przedtem bardzo rzadko zaglądałam na filmiki Ewy Chodakowskiej, kojarzyły mi się z długim i żmudnym procesem kończącym się potwornym zmęczeniem, ale ten zestaw okazał się zupełnie inny. Co prawda Skalpel trwa około 40 minut, ale zawiera w sobie zarówno rozgrzewkę jak i końcowe rozciąganie. Sposób prowadzenia ćwiczeń przez Ewę - spokojne polecenia, brak ekscentrycznych okrzyków niezwykle mi odpowiada. Zestaw jest prosty dla osoby, która trochę już przebywa w wymiarze fit, ale nie polecam go na sam początek sportowej przygody bowiem może przysporzyć nieco kłopotów.



TRENINGI CARDIO:

Treningi cardio to typ ćwiczeń zahaczających o masochizm... Ich "urok" polega na powtarzalności poszczególnych ruchów, które mają doprowadzić do szybkiego, aktywnego spalania tkanki tłuszczowej. Wbrew temu co napisałam na samym początku, jest to całkiem przyjemny trening - wykańcza i pozostawia satysfakcję czego naprawdę z czasem trudno jest nie polubić. Swoje cardio odprawiam na siłowni aczkolwiek wybrałam trzy zestawy, które uważam za najciekawsze i najprzyjemniejsze. Do grona moich ulubionych, sportowych kanałów zaliczam bez wątpienia TreningFitess, na którym to Paula roztacza przed nami całą paletę przeróżnych treningów, do tych, które cenię sobie najbardziej należą dance cardio, świetna alternatywa dla miłośników tańca, a wiecie, że mam słabość do tej dyscypliny.





TRENING NA MIĘŚNIE BRZUCHA/UD/POŚLADKÓW:

Na koniec wykazu moich ulubionych treningów pozostawiłam rodzaj, w którym tkwię najdłużej, a mianowicie ćwiczenia na mięśnie brzucha, ud i pośladów. Obecnie wykonuje zestaw od Pauli z TreningFitness, który choć daje w kość (a właściwie w mięśnie) jest niezwykle efektywny, 20 minut wygibasów, a masz wrażenie że Twój brzuch zaczyna chować się do środka. Wracam również do ćwiczeń z Olą z TrenerkaInfo oraz z Natalią Gacką z OdchudzanieBezKitów - krótkie, prakatyczne zestawy z dobrymi prowadzącymi. Swego czasu długo ćwiczyłam z MelB, ale niestety jej nadmierny entuzjazm szybko obrzydził mi same treningi... Przy kilku pierwszych razach było w porządku, ale kiedy ćwiczysz przez pół roku mimowolnie zapamiętujesz irytujące teksty trenerki, nie mniej sam zestaw bardzo polecam. A jeśli przeszkadza Ci gdy prowadzący motywują Cię i instruują, koniecznie zajrzyj na trening od ShapelItPolska to jeden z nielicznych treningów opierających się na wyłącznym pokazie ćwiczeń i odliczaniu sekund do końca poszczególnego zestawu. Obecnie nie wykonuję już treningów na pośladki i uda, te partie ćwiczę głównie na siłowni aczkolwiek dwa załączone zestawy trochę ze mną przeszły i mogę je polecić z czystym sercem.

Trening na mięśnie brzucha z TreningFitness

Trening ABS - mięśnie brzucha z OdchudzanieBezKitów

Trening na mięśnie brzucha z TrenerkaInfo

Trening na mięśnie brzucha z MelB

Trening na mięśnie brzucha z ShapeItPolska

Trening na mięśnie pośladków z MelB

Trening na mięśnie pośladków i ud z OdchudzanieBezKitów 

W dzisiejszym poście to już wszystko, mam nadzieję, że wśród podlinkowanych zestawów znajdziecie coś dla siebie, a tym czasem znów muszę pożegnać się z Wami na najbliższy tydzień. Wiem, że dopiero co deklarowałam swoją blogową organizację, ale niestety podczas wyjazdów sporadycznie zaglądam do internetu, dlatego w Wenecji również zamierzam odciąć się od blogowej wioski. Wracam w przyszłą niedzielę z kolejnym postem i myślę, że w końcu wystartuję znacznie bardziej zorganizowana. Do zobaczenia!

A jakie treningi Wy polecacie? 
Preferujecie ćwiczenia w grupie, na siłowni czy może domowym zaciszu?
__________________________________________________________________________
Chcesz być na bieżąco z nowymi postami? Nic prostrzego!  Dołącz do obserwatorów Definiuję na bloggerze, snapchacie: definiuje_blog oraz  FANPAGE'U i INSTAGRAMIE 
"SLOW LIFE" BO WOLNIEJ ZNACZY WIĘCEJ

"SLOW LIFE" BO WOLNIEJ ZNACZY WIĘCEJ


Zapraszam na kolejny wpis z cyklu bloggerzy piszą książki, dziś weźmiemy na tapetę najnowszą publikację Joanny Glogazy (z bloga Styledigger.com) pod patronatem Wydawnictwa Znak. Mowa oczywiście o Slow life drugiej pozycji autorki (obok Slow Fashiondotyczącej świadomego funkcjonowania. Książka ta poświęcona została tematyce uważnego życia tym samym propagując nurt slow life i skłaniając do refleksji nad celebrowaniem codzienności. Bloga Asi śledzę przeszło trzy lata,  uwielbiam jej styl pisania, a poprzednia publikacja poświęcona modowemu rozsądkowi jak najbardziej do mnie trafiła, tak więc Slow life zamówiłam w ciemno, jeszcze na przedpremierowych rezerwacjach w empiku i oczywiście nie pożałowałam zakupu. 

Slow life została opieczętowana hasłem zwolnij i zacznij żyć i trzeba przyznać, że to zdanie zdecydowanie odzwierciedla charakter pozycji. Książka została podzielona na sześć głównych części: Slow life to nie moda, to konieczność, Dowiedz się co tak naprawdę lubisz robić, Zorganizuj się, Odpocznij wreszcie, Czas zabawy oraz Relacje na 300%, a każdą z nich kończą rewelacyjne wywiady przeprowadzone przez autorkę z interesującymi ludźmi m.in Alexandrą Franzen czy Olą Budzyńską, które dzielą się receptą na własne slow. Ponadto w książce pojawiają się liczne ćwiczenia przygotowane przez autorkę, które mają pomóc nam w życiowej metamorfozie. Doskonałym zabiegiem jest również biblioteczka pojawiająca się z tyłu lektury, w niej znajdziemy przydatne strony, aplikacje i publikacje dotyczące filozofii prowadzenia uważnego życia. Autorka dzieli się z nami własną wiedzą, zdobytą  dzięki procesowi przemiany z trybu fast na slow. Tym razem nie mamy do czynienia z modą, ubraniami i robieniem zakupów, tu pojawia się coś znacznie ważniejszego - koncepcja życia w zgodzie z własnym ja. Przed nami jawi się konkretna, piękna wizja, w której to nawet szara codzienność może nabrać nieco kolorów. Autorka zdradza nam odpowiedzi na pytania: kiedy żyjemy pełnią życia?, czym możemy się zająć w wolnym czasie?, jak poprawić relacje z najważniejszymi dla nas ludźmi? Nie mami nas obrazami sadów, w których to możemy bez końca zrywać jabłka, jasno stwierdza, że koniecznym będzie wyznaczenie życiowych priorytetów. Dzięki książce możemy poznać tajniki sprawnej organizacji czasu, wartościowania obowiązków czy wyznaczania celów. Autorka przestrzega nas przed poddaniem się porażce albo opinii ogółu, uczy jak grzecznie, ale stanowczo odmówić pojawienia się w konkretnym miejscu zamiast niesprawnego lawirowania w słynnym zrezygnuję w ostatnim momencie - tu zostaje przytoczona bardzo pouczającą historia o samotnym przyjęciu urodzinowym koleżanki. Zostaje nam także wyjaśnione dlaczego nie  należy bać się podjęcia pierwszych kroków w zawarciu lub ożywieniu znaczącej dla nas relacji. Slow life Joanny Glogazy to prosta instrukcja obsługi prawdziwego życia, takiego jakie każdy z nas chce wieść, a nie wiedzie, bo podobno tak nie wypada.

Mogłabym napisać, że książka niezwykle mnie zaskoczyła jednak jej wysoki poziom nie był dla mnie żadną niespodzianką, wiedziałam, że egzemplarz wychodzący spod pióra Asi musi być udany. Pozycja napisana z dziennikarską starannością, ale prostym słowem, bogata w liczne przykłady, metafory i humorystyczne wtrącenia. Książka bez wątpienia skłania do refleksji nad własnym życiem i postępowaniem. Wizje celebracji codzienności brzmią tak prawdziwie, że czytelnik nawet nie wie kiedy zaczyna wcielać rady w życie. Niezwykle udana publikacja! Jedyne zastrzeżenia mam do samego wydania - nie do końca przypadł mi do gustu papier, identyczny pojawił się przy Slow Fashion i choć wydać by się mogło, że to irracjonalne to jednak momentami irytowała mnie jego faktura. Druga sprawa to zdjęcia. Prawdę mówiąc oczekiwałam nieco więcej fotografii - uchwycenia tej cennej celebracji życia i pod tym względem czuję leki niedosyt. Tak czy owak nie grafika lecz treść jest najistotniejszym elementem, a w wypadu Slow Life jest to tekst na wysokim poziomie. Serdecznie polecam, lektura dobra dla każdego.


Mieliście okazję przeczytać tę pozycje? Jak ją oceniacie?
Jestem również ciekawa Waszego zdania w sprawie nurtu "slow life", co sądzicie?
__________________________________________________________________________
Chcesz być na bieżąco z nowymi postami? Nic prostrzego!  Dołącz do obserwatorów Definiuję na bloggerze, snapchacie: definiuje_blog oraz  FANPAGE'U i INSTAGRAMIE 


PRAKTYCZNY PRZEWODNIK PO MADERZE - PIERWSZY VLOG

PRAKTYCZNY PRZEWODNIK PO MADERZE - PIERWSZY VLOG


Nie ma większej nagrody dla blogowego twórcy niż zainteresowanie czytelników dlatego jest mi niezmiernie miło, że podkreślacie w komentarzach swoją chęć zobaczenia mojej relacji z Madery. Po kilku podobnych opiniach już wiedziałam, że wpisy z Wyspy Wiecznej Wiosny muszą pojawić się jak najszybciej. Długo zastanawiałam się co konkretnie chcę Wam przekazać i jak podzielić ową relacje aby okazała się zrozumiała, przejrzysta i przyjemna dla oka. Przewidziałam około sześciu/siedmiu postów opowiadających o Maderze, będą to głównie wspomnienia z poszczególnych miast aczkolwiek na początku chciałabym podzielić się z Wami moimi przemyśleniami o samej wyspie i życiu na niej. Taki post nadejdzie niebawem, a dziś zaproszę Was na coś znacznie bardziej przyziemnego, ale mam nadzieję przydatnego - Praktyczny przewodni po Maderze w formie filmu. Tym oto sposobem oficjalnie otwieram kanał na YouTube! Oczywiście nie oznacza to, że rezygnujęz bloga, co to, to nie... Filmy będę jedynie uzupełnieniem moich pisemnych treści. Czego więc możecie się spodziewać po moim kanele? Przede wszystkim relacji z podróży, a że szykuje się ich dość sporo na pewno nie zabraknie materiału. Być może kanał posłuży mi również do innych twórczości, ale zapewniam, że nie zaśmiecę Internetu houlami, zawartością mojej torebki i innymi tagami wątpliwej treści. Bądźcie spokojni zostaję po dobrej stronie globalnej sieci ;)

A tym czasem serdecznie zapraszam Was na pierwszy film, mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu i być może zechcecie za subskrybować mój kanał. Proszę  również o wyrozumiałość w kwestii niedociągnięć albowiem jest to moja pierwsza produkcja. Ps. koniecznie powiększcie ekran, wystarczy, że klikniecie w tytuł filmu (biały napis na czarnym pasku) lub link znajdujący się pod nim i zostaniecie przeniesieni na YouTube.


Jestem ciekawa Waszych wrażeń! Jak oceniacie film?
__________________________________________________________________________
Chcesz być na bieżąco z nowymi postami? Nic prostrzego!  Dołącz do obserwatorów Definiuję na bloggerze, snapchacie: definiuje_blog oraz  FANPAGE'U i INSTAGRAMIE 
SECOND HAND PO RAZ PIERWSZY CZYLI LUMPEKSOWE PRZEMYŚLENIA LAIKA

SECOND HAND PO RAZ PIERWSZY CZYLI LUMPEKSOWE PRZEMYŚLENIA LAIKA


Marilyn Monroe stwierdziła kiedyś, że pieniądze szczęścia nie dają, robią to dopiero zakupy i choć zdanie wypowiedziane przez ikonę podchodzi nieco pod próżność bądź zmanierowanie, to wszyscy doskonale wiemy, że jest w nim ziarno (albo cały wór ziarna) prawdy. No bo któż z nas nigdy nie poprawiał sobie w ten sposób humoru lub po prostu podtrzymywał stanu zadowolenia? Wiem, że znajdą się osoby krzywo patrzące na wieszaki pełne ubrań, w których to można przebierać bez końca, ale większość populacji wciąż stawia sobie za motto życiowe wypowiedź Marilyn

Czytając To nie są moje wielbłądy Aleksandry Boćkowskiej otrzymałam całą masę zaskakujących faktów dotyczących mody w PRL-u. Do największych absurdów owego okresu można zaliczyć incydent ze spódnicami maksi. Otóż kiedy świat zwariował na ich punkcie w polskich magazynach wciąż zalegały mini spódniczki, tak więc ówczesna władza zakazała lansowania trendu na długość maksi aby pozbyć się leżącego odłogiem towaru. Dla mojego pokolenia brzmi to jak legenda, opowiastka z odległej galaktyki. Nawet nie ze względu na odległość czasu, a niedorzeczności jakim przyozdobione zostały minione dekady. Dziś wszystko to, zdaje się być zupełnie nie do pomyślenia, dostęp do informacji jest tak szeroki, że czasem wręcz zapominamy by nieco je przecedzić przez sito realności. We własnym mieście naliczyłam przynajmniej siedem galerii handlowych, a prawdopodobnie i tak o jakiejś jeszcze zapomniałam. Niestety jednak powierzchnie centrów  zajmują  głównie najpopularniejsze sieciówki, co sprawia, że większość populacji nosi dokładnie te same modele. Czyż to nie absurd? Zostawiliśmy w tyle czasy pustych półek i kilkumetrowych kolejek, aby wciąż wyglądać jak wierne kopie przechodniów z ulicy...

Muszę przyznać, że ku wielkiej uciesze rzadko widuję ludzi ubranych podobnie do mnie. Chociaż własny styl nazwałabym klasycznym i podciągnęła pod trend miejskiej elegancji czasem zahaczający o girl next door naprawdę sporadycznie spotykam osoby w podobnych ubraniach lub z podobnymi akcesoriami. Zazwyczaj zdarza się to w przypadku rzeczy zakupionych w sieciówkach pokroju Zara lub H&M. Tak, więc teoretycznie nie czułam silnej potrzeby szukania nowego źródła z niepowtarzalną odzieżą, a jednak od kilku dobrych lat czułam jak moje wewnętrzne dziecko wierci się niemiłosiernie zachęcając mnie do zakupów w lumpeksie. Ciekawość podsycały we mnie dodatkowo bloggerki modowe prezentujące zjawiskowe kreacje, nierzadko pochodzące od szanowanych domów mody, które wyszarpały w ciucholandzie za (wybaczcie wyrażenie) psie pieniądze. Pójdę - szepnęłam sobie w duchu i tak o to tuż przed osiemnastymi urodzinami zajrzałam do second hendu po raz pierwszy. Niestety, pech chciał, że trafiłam na miejsce wyjątkowo paskudne - stęchły zapach, ubrania sztywne w dotyku, wygórowane ceny, a do tego nieprzyjemna obsługa. Zrezygnowana odpuściłam na kolejne kilka miesięcy, aż w końcu tuż przed zakończeniem roku szkolnego, kiedy padało psami i kotami (tak, zdaję sobie sprawę, że tę angielską frazę nie należy tłumaczyć dosłownie, ale czyż tak nie brzmi zabawniej...) obrałam kierunek lumpeks. Tym razem jednak postawiłam na polecone miejsce, o wiele większe i jaśniejsze niż poprzedni ciucholand i absolutnie przepadłam. 

Miałam to szczęście, że akurat poniedziałek okazał się dniem 50% przecen (z każdym dniem cena maleje i w ostatni przed dostawą sięga połowy oryginału, a ponadto panie chciały pozbyć się zalegających w magazynie kurtek i  płaszczy, więc sztuka kosztowała zaledwie 5 zł. Muszę przyznać, że kiedy weszłam dostałam lekkiego oczopląsu. W lumpeksie nie istniał jako taki podział ubrań na kategorie, więc pomiędzy swetrami znajdowałam koszule i T-shirty oraz spódnice. Nieco nieśmiało podeszłam do pierwszego wieszaka, a kiedy znalazłam białą koszulkę polo firmy Ralph Lauren w cenie 16 zł - po przecenie 8 zł (a trzeba Wam wiedzieć, że koszt nowych to 100$) miałam wrażenie, że ktoś wyposażył mnie w skrzydła. I tak o to rzuciłam się w wir zakupów. Po mniej więcej dwóch godzinach z koszem pełnym ubrań zabrałam się za mierzenie. Niestety część rzeczy była na mnie za duża (mankament pojedynczych sztuk), na kilku zdarzyły się plamy, a inne lepiej wyglądały na wieszaku. Aczkolwiek całkiem pokaźne grono powędrowało ze mną do domu - koszt całości nie przekraczał 70 zł, a zakupiłam także płaszcz). Oczywiście mam swoje zasady, nigdy nie zdecydowałabym się na kupno używanej bielizny, strojów kąpielowych, butów. Wyznaję równie zasadę, że nie biorę niczego czego nie będę wstanie wyprać np. brązowa ramoneska musiała wrócić na wieszaka... Nie zdecyduję się też na coś tylko dlatego, że ma niską cenę, zawsze dokładnie oglądam ubranie - czy nie występują plamy, dziurki, kontroluję suwaki i guziki. Wiele radości daje również sprawdzanie pochodzenie ubrania,  niektóre firmy brzmią dla mnie obco, inne zaś są tak znane i markowe, że wydają się wręcz zagubione wśród szeregu innych rzeczy.

Podsumowując jestem bardzo zadowolona z dokonanych zakupów, a second hand okazał się strzałem w dziesiątkę. Na pewno jeszcze nie raz zawitam w jego progi. Wciąż nie do końca odpowiada mi kupowanie ubrań na wagę, ale na szczęście nie brakuje także tych wycenionych. A tym czasem zapraszam na mały pokaz tego co udało mi się wybrać podczas dotychczasowych zakupów: 

kurtka (More & more) - 5,00 zł,  płaszcz (brak danych) - 5 zł
sweter (H&M) - 8, 50 zł,  chustka (brak danych) - 3,00 zł  
t-shirt (John Baner)- 8,00 zł,   bluzka z baskinką (Gina Tricot) - 10 zł
 koszulka polo #1 (Ralph Lauren) - 8 zł,  koszulka polo #2 (Rhode Island) - 8,50 zł

Jakie macie zdanie o lumpeksach, zaglądacie tam czasem? 
Jaki był Wasz najbardziej zaskakujący zakup z ciucholandu?
__________________________________________________________________________
Chcesz być na bieżąco z nowymi postami? Nic prostrzego!  Dołącz do obserwatorów Definiuję na bloggerze, snapchacie: definiuje_blog oraz  FANPAGE'U i INSTAGRAMIE 

"ONI" - UNIWERSALNA, PRZERAŻAJĄCA WIZJA PRZYSZŁOŚCI WEDŁUG WITKACEGO

"ONI" - UNIWERSALNA, PRZERAŻAJĄCA WIZJA PRZYSZŁOŚCI WEDŁUG WITKACEGO


Czy byłbyś w stanie wyobrazić sobie świat pozbawiony sztuki? Albo co gorsza podporządkować się artyzmowi kontrolowanemu przez władze? Czy już sama myśl o takim zjawisku nie jest wystarczająco przerażająca? A jednak ktoś (tu patrz Witkacy) pokusił się o stworzenie równie druzgocącej wizji, którą Oskar Sadowski postanowił odkurzyć i ukazać wiernej widowni Teatru Polskiego.  Na spektakl wybrałam się nieco ponad miesiąc temu, ale emocje jakie wywarła na mnie sztuka są wciąż żywe, dlatego nadal jestem w stanie otworzyć ją w pamięci i opowiedzieć Wam dlaczego warto znaleźć czas dla Onych.

Ludzie nie są pewni czy oni istnieją naprawdę, to szara eminencja, żyją w cieniu i sterują rządem. Ale każdy przeczuwa że nadchodzą i są już blisko. Dążą do zmiany porządku świata, a za naczelnego wroga uważają sztukę. Ofiarą onych pada właściciel galerii artystycznej Kalikst Bałandaszek (w tej roli Adam Szczyszczaj) oraz jego narzeczona, aktorka Spika hrabina Tremendosa (w tej roli Anna Ilczuk). Choć gosposia Marianna ostrzega dwojga o nadejściu onych para nie chce wierzyć w taki układ rzeczy, to niszczy ich wyidealizowany obraz świata. Kalikstowi i Spice nie układa się najlepiej: on - zagubiony artysta, erotoman, wieczny chłopiec nie potrafiący wyznaczyć życiowych priorytetów, ona - niezrównoważona emocjonalnie, nierozumiejąca siebie i własnych uczuć, zagubiona pomiędzy realnością, a grą na scenie. Na domiar złego w ich życiu pojawiają się oni. 

Z opisywanym dziełem Witkacego spotkałam się  w połowie gimnazjum i już wtedy zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Wizja świata w którym sztuka jest kontrolowana to jedna ze straszliwszych antyutopii, zmora nie tylko dla artystów lecz także miłośników gatunku. Zjawisko opisane przez Witkacego w Onych wciąż przywodzi mi na myśl idee socrealizmu, gdzie sztuka ma nieść korzyść wyłącznie państwu. Jednakże według mnie to także swego rodzaju manifest wolności, triumf jednostki nad społeczeństwem, co automatycznie przeszkadza elitom rządzącym. W samym spektaklu zastanawiający był dla mnie brak fragmentu konstytucji, (według którego każdy ma prawo ukazywać swoje wizje artystyczne) przytaczanego przed każdą sztuką. Z jednej strony wydaje mi się, że to kwestia braku zmian w oryginalnym scenariuszu przygotowanym przez Witkacego, z drugiej mam nieco głębsze przemyślenie. Zupełnie jakby pominięcie fragmentu konstytucji nawiązywało do śmierci wolnej sztuki w pojęciu państwa. I zdawać by się mogło, że to jedynie kolejna z antyutopijnych wizji przyszłości, a jednak reżyser boleśnie nas zaskakuje ukazując na zakończenie fragment nagrania z autentycznej manifestacji mającej miejsce we Wrocławiu - ludzie krzyczący hasła nienawiści, dążący do nacjonalizmu,  przeciwni tolerancji, rozwojowi i oznakom liberalizmu, nastawieni negatywnie do człowieka o innych poglądach. Przyglądałam się temu wszystkiemu czując ścisk w żołądku i gardle. Czułam ból i strach przed takim rozwojem akcji, czułam obrzydzenie do ograniczenia ludzkiej wolności, czułam wręcz wstręt do świata... W spektaklu  zdecydowanie nie brakuje emocji.

Witkacy w swoim dziele porusza również kwestie nieszczęśliwej, niespełnionej miłości i sugeruje że to ona odpowiedzialna jest za zło tego świata. Autor otwarcie mówi o toksycznych związkach opartych na fascynacji, a nie prawdziwym uczuciu. W sposób interesujący pokazany zostaje konflikt charakterów. Pojawia się także ciekawe zagadnienie dotyczące uprawianych przez ludzkość zawodów. Podczas rozmowy dotyczącej onych Marianna sugeruje że dla niej nic się nie zmieni wraz z nowym porządkiem świata, wciąż będzie w stanie ugotować smaczny obiad, zaś Kalikst jako artysta stanie się nikim. 

Dzieło Witkacego w reżyserii Oskara  Sadowskiego zostało przedstawione na naprawdę wysokim poziomie. Odtwórcy głównych ról (Anna Ilczuk i Adam Szczyszczaj) zaprezentowali świetną grę aktorską, postacie Kaliksta i Spiki zostały zagrane w sposób bardzo emocjonalny, barwny, a ponadto wzbudzały ciekawość widza. Na wyróżnienie zasługuje również odtwórczyni roli MariannyJanka Woźnicka, która idealnie wpasowała się w postać stworzoną przez Witkacego. Nie mógłabym również pominąć ważnej kwestii dotyczących choreografii - otóż jestem pod wielkim wrażeniem sposobu w jaki przedstawiono sceny łóżkowe zamiast prostego i oczywistego rozwiązania widowni ukazano ruch na kształt tańca pozbawiając scenę niepotrzebnej wulgarności. Osobiście jestem pod wrażeniem spektaklu Oni i mam nadzieję że po wakacyjnej przerwie wróci do repertuaru Teatru Polskiego,  a wtedy gorąco Was zachęcam do obejrzenia. 



Mieliście okazje zobaczyć tę sztukę, jak ją odebraliście? 
Jakie macie zdanie na temat dzieł Witkacego?
_____________________________________________________________________________

Chcesz być na bieżąco z nowymi postami? Nic prostszego!  Dołącz do obserwatorów Definiuję na bloggerze, snapchacie: definiuje_blog oraz  FANPAGE'U i INSTAGRAMIE 


QUO VADIS ŚWIECIE BEZ WARTOŚCI?

QUO VADIS ŚWIECIE BEZ WARTOŚCI?


Ostatnie dwa tygodnie spędziłam na Maderze, ale to już wiecie bowiem mój instagram tonie w zdjęciach z Wyspy Wiecznej Wiosny. Muszę przyznać, że zawsze zastanawiały mnie wszelkie deklaracje ludzkości o rzekomym przemyśleniu życia w czasie urlopu. W końcu w moim wypadku myśli kręciły się głównie wokół niechęci do powrotu w stronę polskiej, smutnej rzeczywistości i zabrakło miejsca na istotniejsze koncepcje. A jednak tym razem w głowie zapaliło się znacznie więcej lampek niż mogłabym przypuszczać... Bo Madera to tak naprawdę biedna wyspa żyjąca przede wszystkim z turystyki - hotele, restauracje, inne atrakcje dla podróżnych oraz połowu ryb, który odbywa się nocami - rybacy wypływają w głąb Atlantyku na chybotliwych kutrach wątpliwej jakości. Tak więc tu perspektywa zawodowa pozostaje jedynie frazesem stając obok bogactwa i stopnia naukowego... A jednak ludzie wciąż potrafią spełniać się we własnym życiu czując jego pierwotność i prawdziwość odciętą od mody, trendu czy opinii świata...

Będąc na Maderze wielokrotnie powtarzałam, że pragnę zbudować domek z desek na plaży i po prostu tu zamieszkać, odciąć się od kultu pieniądza, pracy, zysku czy tytułu, uciec w to co realne i naprawdę ważne. Kilka dni temu stojąc wśród portugalskiego gwaru na targu rybno-owocowym w Funchal miałam wrażenie, że jestem na właściwym miejscu, że ta prostota chwili jest tym czego naprawdę pragnę. A przecież nie zawsze tak było... Trudno jest się przyznać do błędu, a jeszcze trudniej do głupoty, zwłaszcza gdy ma się tak niewielki życiowy staż. Mimo to zamierzam wyznać iż świat bez głębszych wartości omiótł także mnie i to w wieku szesnastu lat, kiedy stałam przed wyborem szkoły ponadgimnazjalnej. Otóż złożyłam papiery do jednego z najtrudniejszych liceów w mieście (praktykującego egzaminy  semestralne  stanowiące 30% półrocznej oceny) tylko po to by udowodnić światu, że mogę je skończyć, by zaimponować otoczeniu... i sobie samej. Przez lata nie znałam definicji słowa presja bowiem należę do szczęśliwego grona potomstwa rodziców o normalnym podejściu do życia. Tak więc zderzenie z realiami panującymi na świecie było jak siarczysty policzek w twarz, a im dłużej się w nim chowam tym bardziej odczuwam niesmak wobec panujących tu zasad, a właściwie ich braku.

Od dziesiątego roku życia myślę wyłącznie o jednej ścieżce kariery - dziennikarstwo. A jednak wielokrotnie byłam bliska porzucenia tego marzenia na rzecz ładnie brzmiącego tytułu i uznania ludzkości. Jeden z nauczycieli, z którym przyszło mi mieć do czynienia wielokrotnie powtarzał, że dziennikarstwo to żaden zawód, a i dla mnie nie brzmiało tak dumnie jak bycie prawnikiem. Po cichu zaczęłam, więc szykować się na  studia prawnicze aby zdobyć tyłu godny uznania... Dziś kiedy o tym myślę nie mogę zrozumieć własnej głupoty i próżności, a jednak wiem że ich obecność to jedynie skutki dorastania w tym świecie, świecie bez głębszych wartości.

Czasem zaskakuje mnie jak jedna ulica potrafi być usiana kontrastami; chwiejnym krokiem i ostrym odorem wyróżnia się alkoholik, stado ludzi w identycznych butach będących na topie mknie naprzód ze wzrokiem wbitym w ekran telefonu, gdzieś z boku pośrodku chorej rzeczywistości siedzi żebrak błagając o gorsze, centy, pensy czy centymy... To zestawienie życiowych wartości jest wręcz groteskowe, bo gdzie używkom i potrzebie zlania się z tłumem do woli życia. A jednak coraz trudniej dostrzec nam to co naprawdę ważne. Zabijamy się o lepsze wykształcenie, o dobre zarobki, musimy mieć duże mieszkanie w dobrej lokalizacji, bez nowych gadżetów czujemy się nikim, jesteśmy zobligowani do umieszczenia w internecie śladów po tym co dobre w naszym życiu - niech świat wie jak wspaniale nam się wiedzie. Aż pewnej nocy budzimy się zlani potem po sennym koszmarze, który jest odzwierciedleniem naszej codzienności. Nasze jestestwo na Ziemi ogranicza się do gromadzenia i udowadniania, aby pod koniec życia pluć sobie w brodę, bo zamiast pięknych wspomnień mamy te, które wypadało mieć i jeszcze setki rzeczy i pewnie jakiś tytuł. Ciekawe czy w zaświatach to wszystko nadal ma znaczenie? Obawiam się, że odpowiedź na to pytanie niesie danse macabre... 

Przed śmiercią podobno umiemy się ukorzyć, okazać cierpienie. Jesteśmy wielkim wsparciem dla rodzin ofiar masowego mordu, łączymy się w bólu,  zdjęcia profilowe przyozdabiamy flagą, a w całej swej wspaniałości potrafimy jeszcze dorzucić kilka kolorowych serduszek. To na pewno wiele znaczy... Ach na miłość boską dlaczego działania wobec czegoś tak straszliwego ograniczamy do pustych frazesów i o zgrozo obrazków! Skąd w nas taka potężna ilość braku taktu? I w końcu skąd w ludziach takie bestialstwo by zabić drugiego człowieka w imię przekonań? Moja przyjaciółka, Ewa powiedziała kiedyś, że jeśli tak brzmi definicja człowieczeństwa to chyba nie chce by nazywano ją człowiekiem, a ja muszę się zgodzić z owym założeniem... Ale mimo wszystko mam nadzieję, nadzieję, że pogodzenie się, dopasowanie lub puste biadolenie nie są jedynym rozwiązaniem. Wierzę, że siłą  przekonań i pewnością wobec słuszności własnych działań można obrać inną drogę. Drogę w zgodzie z samym sobą, a także w zgodzie z siłami natury, która jest ponad człowiekiem i ponad wszystkim co zdawać by się mogło ważne. Kiedy któregoś dnia pobytu na Maderze znalazłam się w Sao Lourenco,  górzystym dzikim, pierwotnym miejscu i stanęłam nad przepaścią targana przez wiatr czułam spokój wiedząc, że to co widzę jest ponad wszystko co potrafi wyznawać ludzkość. Uwielbiam to przekonanie, że nic nie jest w stanie dorównać sile natury, że jesteśmy wobec niej bardzo mali. Całe bogactwo, tytuły, gromadzone gadżety, moda i trend są nagle niczym, a człowiek zaczyna pamiętać o tym co naprawdę ważne, o życiu i byciu w danej chwili. I wszystkim nam życzę aby takie refleksje pojawiały się częściej i prowadziły nas w dobrą stronę, stronę tego co naprawdę istotne.


Ps. Na Maderze prawie, że odcięłam się od internetowego świata toteż mam ogromne zaległości w blogowej wiosce, proszę więc o troszkę wyrozumiałości w kwestii moich zaniedbań. Już nie mogę się doczekać kiedy zajrzę na blogi czytelników, naprawdę tęskniłam za Waszymi tekstami! ;) 


Ciekawa jestem jak Wy postrzegacie opisane zjawisko? 
_____________________________________________________________________________

Chcesz być na bieżąco z nowymi postami? Nic prostszego!  Dołącz do obserwatorów Definiuję na bloggerze, snapchacie: definiuje_blog oraz  FANPAGE'U i INSTAGRAMIE